Szczupak z fińskiej dziczy – grubo ponad 120 cm

 

Wyprawa wędkarska do Finlandii

Ta wędka właściwie nie powinna już łowić...

Dzień wcześniej złamałem ostatnią przelotkę na szczytówce. W normalnych warunkach człowiek odstawiłby kij, pojechał do sklepu albo po prostu wyjął z samochodu drugi. Tyle że my byliśmy w środku fińskiego lasu, od kilku dni mieszkaliśmy w hamakach, a najbliższy sklep znajdował się gdzieś tam... w cywilizacji.

Trzeba więc było sobie radzić.

Przelotkę owinąłem kawałkiem plecionki, na to nalałem roztopionego plastiku i jakoś udało mi się przymocować ją z powrotem do szczytówki. Wyglądało to mniej więcej tak, jak możecie sobie wyobrazić. 😉 Jakby tego było mało, wcześniej urwała mi się jeszcze pierwsza przelotka przy stopce.

Miałem więc przed sobą kolejny dzień łowienia z wędką, której stan techniczny można było określić jako... mocno dyskusyjny.

Nie wiedziałem jeszcze, że właśnie na ten kij za kilka godzin zapnę jednego z największych szczupaków, jakie kiedykolwiek trzymałem w rękach.

Ale od początku.

Wyprawa wędkarska do Finlandii – dziesięć dni poza cywilizacją

Pod koniec maja ruszyliśmy z Grubym, czyli moim bratem, na kolejną wyprawę do Finlandii. Ci, którzy czytali moje wcześniejsze relacje, mniej więcej wiedzą, na czym polegają nasze fińskie wyjazdy. Ci, którzy nie czytali, muszą wiedzieć jedno – nie jeździmy tam odpoczywać.

Przez dziesięć dni naszym domem był las.

Spaliśmy w hamakach, gotowaliśmy w lesie, jedliśmy w lesie i praktycznie cały czas byliśmy poza cywilizacją. Z całym potrzebnym sprzętem trzeba się przemieszczać, więc z jednej strony należy zabrać wszystko, czego człowiek może potrzebować przez wiele dni, a z drugiej – każda kolejna rzecz w plecaku po kilku kilometrach zaczyna ważyć dwa razy więcej.

Dom na kilka dni

I tutaj zaczyna się zabawa.

Bo nie ma sklepu, do którego wyskoczysz po brakującą rzecz. Nie dokupisz jedzenia. Nie kupisz nowej przynęty. Nie pojedziesz po nową wędkę, bo poprzednią właśnie połamałeś.

Masz dokładnie to, co przyniosłeś ze sobą.

Jeżeli coś się zepsuje, naprawiasz. Jeżeli czegoś zabraknie – radzisz sobie bez tego.

Do tego fińska wiosna potrafi dać człowiekowi w kość.

W nocy temperatury spadały w okolice zera, zdarzały się przymrozki. Deszcz nie należał do rzadkości, a słońce pojawiało się zdecydowanie rzadziej, niż byśmy sobie tego życzyli.

Kto kilka dni z rzędu funkcjonował w lesie w wilgotnych ubraniach, ten wie, że człowiek po pewnym czasie zaczyna doceniać rzeczy, które normalnie wydają mu się zupełnie oczywiste.

Choćby suche skarpety. 😉

Kilometry przez las i bagna w poszukiwaniu szczupaków

Każdego dnia ruszaliśmy na kolejne eskapady. Wybieraliśmy dziką rzekę i szliśmy wzdłuż niej przez lasy i bagna, często wiele kilometrów, próbując dotrzeć do kolejnych jezior.

Tego dnia było podobnie.

Ruszyliśmy wzdłuż niewielkiej rzeki o charakterystycznej, bardzo ciemnej wodzie. Ile przeszliśmy? Dzisiaj dokładnie nie pamiętam. Kilka, może kilkanaście kilometrów.

W takich miejscach zresztą kilometr kilometrowi nierówny. Czasami kilometr idzie się kilkanaście minut, a czasami przedzieranie się przez podmokły las, krzaki i grząski teren trwa wieczność.

Dzika Finlandia

W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie rzeka wpadała do jeziora.

I tutaj krajobraz trochę się zmieniał. 

Wzdłuż brzegu ciągnęły się szerokie pasy zalanej trawy. Woda weszła głęboko w roślinność, tworząc idealne miejsce dla szczupaków. Granica pomiędzy zalaną trawą a otwartą wodą wyglądała tak, że patrząc na nią, człowiek po prostu wiedział, że coś musi tam stać.

Wszedłem więc w woderach w zalane trawy i zacząłem obławiać ich krawędź.

Byliśmy już potwornie zmęczeni. To miały być właściwie ostatnie rzuty. Za chwilę trzeba było ruszać w drogę powrotną.

Branie wielkiego szczupaka. I zaczęły się problemy...

I wtedy nastąpiło uderzenie!

Szczupak wyskoczył z trawy praktycznie jak torpeda. Woda się zagotowała, ryba uderzyła w przynętę i natychmiast wyjechała na otwartą wodę.

Od pierwszych sekund wiedziałem, że mam problem.

I to duży.

Stałem gdzieś po kolana, może trochę głębiej, w zalanej trawie. Ryba była już na czystej wodzie i na razie robiła dokładnie to, co chciała.

Ja natomiast miałem w ręku posklejaną wędkę bez jednej przelotki, szczytówkę naprawioną plecionką i stopionym plastikiem oraz plecionkę, do której po kilku dniach łowienia również nie miałem już przesadnie dużego zaufania.

Zestaw marzeń do holowania wielkiego szczupaka. 😉

Gruby stał jakieś 100–150 metrów ode mnie.

Zacząłem do niego machać.

Zobaczył mnie i ruszył w moją stronę, ale w tym terenie nie dało się po prostu podbiec. Trzeba było przedzierać się przez zalane trawy i grząskie podłoże, a ja w tym czasie próbowałem zrozumieć, co właściwie mam na końcu zestawu.

Ryba cały czas chodziła.

Podciągałem ją kilka metrów do siebie, po czym znowu odjeżdżała. I tak w kółko.

Najbardziej bałem się dwóch rzeczy.

Pierwsza – że nie wytrzyma moja prowizorycznie naprawiona wędka albo plecionka.

Druga była jeszcze gorsza. Szczupak nie mógł wejść w trawy. Gdyby przeciągnął przez nie plecionkę, przy tej masie ryby prawdopodobnie byłoby po wszystkim.

Gruby w końcu dotarł w moją okolicę.

– Co tam masz?

– Nie wiem. Ale jest potężne. Na razie nie mam nad tym żadnej władzy.

I właściwie niewiele więcej mogłem wtedy powiedzieć.

Około dwudziestu minut holu

Nie widziałem jeszcze dobrze całej ryby. Czułem tylko jej ciężar i kolejne odjazdy.

Hol trwał.

Nie próbowałem niczego przyspieszać. Po kilku dniach w fińskim lesie człowiek uczy się zresztą, że czasami najlepszym rozwiązaniem jest po prostu nie kombinować. 😉

Podciągałem rybę. Odjeżdżała.

Znowu podciągałem. Znowu odjeżdżała.

Centymetr po centymetrze zaczynałem jednak odzyskiwać kontrolę.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy ją naprawdę dobrze, dotarło do nas, z czym mamy do czynienia.

TO BYŁ POTĘŻNY SZCZUPAK.

Nie „ładny”.

Nie „duży”.

Potężny.

Wtedy stres zrobił się jeszcze większy, bo dopóki człowiek nie zobaczy ryby, walczy trochę z czymś abstrakcyjnym. Kiedy zobaczy wielkie cielsko metr od siebie, nagle każda przelotka, każdy węzeł i każdy metr plecionki zaczyna wyglądać podejrzanie. 😉

Po mniej więcej dwudziestu minutach wszystko się skończyło.

Gruby był już obok i razem udało nam się bezpiecznie podebrać rybę.

Dopiero wtedy mogłem na spokojnie na nią popatrzeć.

Szczupak grubo ponad 120 cm


 NAPRAWDĘ SPORO PONAD 120 CENTYMETRÓW SZCZUPAKA.

Ile ważył?

Nie wiem.

Nie mieliśmy warunków ani potrzeby, żeby dokładnie go ważyć. Patrząc jednak na długość i potężną budowę tej ryby, jej masa mogła oscylować w okolicach 20 kilogramów. Ale szczerze mówiąc, w tamtym momencie kilogramy miały dla mnie najmniejsze znaczenie.

Liczyła się ryba.

I cała droga, która do niej prowadziła.

Jedno zdjęcie, za którym kryje się dziesięć dni wyprawy

Wielki Szczupak 

 Bo to zdjęcie, które widzicie, pokazuje kilka sekund z dziesięciu dni wyprawy.

Trafiło akurat na jeden z tych nielicznych momentów, kiedy Finlandia podarowała nam trochę słońca. Jest niebieskie niebo, zielona trawa, spokojne jezioro i wielki szczupak.

Można pomyśleć – sielanka.

Tyle że za tym jednym zdjęciem były zimne noce w hamakach, przymrozki, deszcz, mokre ubrania, ciężkie plecaki, bagna i dziesiątki kilometrów przemierzonych wzdłuż dzikich rzek.

Było zmęczenie, prowizoryczne naprawianie sprzętu i świadomość, że jeżeli czegoś nie masz albo coś zepsujesz, nikt Ci tego za chwilę nie przywiezie.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo lubię takie wyprawy.

Bo ryba jest oczywiście ważna. Gdybym powiedział, że nie jest, byłbym hipokrytą. Po to przecież taszczymy ze sobą te wszystkie wędki, kołowrotki i pudełka z przynętami przez pół Finlandii. 😉

Ale po latach coraz bardziej dochodzę do wniosku, że największe ryby pamięta się również przez to, co wydarzyło się, zanim się je złowiło.

Tego szczupaka pewnie zapamiętałbym niezależnie od okoliczności.

Ale to, że złowiłem go na końcu dzikiej rzeki, po wielu kilometrach przedzierania się przez las i bagna, stojąc po kolana w zalanej trawie, na wędkę z przelotką przyklejoną stopionym plastikiem – sprawia, że tej historii raczej już nie zapomnę.

Takie wyprawy nigdy nie są wyprawami jednego człowieka

I jest jeszcze Gruby.

Bo choć to ja trzymałem wędkę, takie wyprawy nigdy nie są wyprawami jednego człowieka.

Kiedy przez dziesięć dni żyjesz z kimś w lesie, przedzierasz się przez bagna, śpisz w hamakach i każdego dnia idziesz w teren, w którym czasami przez wiele godzin nie spotkasz drugiego człowieka, musisz wiedzieć, że możesz na swojego kompana liczyć.

Dlatego traktuję tego szczupaka jako nasz wspólny sukces.

Gruby i Gruby

 

Finlandia, maj 2026.
Grubo ponad 120 cm dzikiego, fińskiego szczupaka.


 

 

Komentarze