sobota, 25 stycznia 2020

Tak to się zaczęło...

 Z Mateuszem poznaliśmy się w pracy, od samego początku w naszych rozmowach często pojawiał się temat wędkarstwa. Obaj pochodzimy z niewielkich miejscowości, malowniczo położonych, w sąsiedztwie rzek. Mateusz wychował się nad Wisłą, ja nad małą Modrzejowianką dopływem Iłżanki. W rozmowach często porównywaliśmy swoje doświadczenia i to, jak sami w dzieciństwie dochodziliśmy do pewnych wędkarskich odkryć, jak chodziliśmy za rybą często tygodniami i miesiącami nie widząc jej na kiju. Zarówno jemu jak i mi, nikt nie pokazał jak wiązać haczyki, jakich przynęt używać, na jakich miejscach szukać ryby. Dzięki temu nasze doświadczenia były bardzo podobne, jednak ugruntowane w zupełnie innym środowisku. W naszych relacjach, co raz częściej pojawiał się temat wędkarstwa. Dowiedziałem się, że Mateusz ma brata Jakuba z którym razem penetrowali, miejscowe łachy, starorzecza i pobliskie zbiorniki. Tak powoli rodził się pomysł wspólnego wypadu na ryby, żeby wymienić się doświadczeniami, no ale przede wszystkim złowić jakąś konkretną sztukę. 


Był rok 2012, późne lato, może wczesna jesień… wspólnie z Mateuszem byliśmy na wyjeździe służbowym w Terespolu, oczywiście głównym tematem jaki nas absorbował w tym dniu było wędkarstwo. W rozmowie doszliśmy do wspólnego wniosku, że pobliski Bug zawsze uchodził w naszym wyobrażeniu, za dziki i pełen ryb. Późnym popołudniem wracaliśmy z Terespola w kierunku Włodawy, kiedy na nawigacji obok drogi nr 816 w okolicy miejscowości Okczyn dostrzegłem snującą się rzekę, niewiele myśląc zjechałem z trasy i po przejechaniu 150 metrów polną drogą, znaleźliśmy się nad majestatycznym i tajemniczym Bugiem. Nasza wyobraźnia w tym momencie oszalała… pierwszy odruch - łapanie koników polnych, ciem i innych owadów, aby sprawdzić, czy coś je pobierze z powierzchni wody. Tym bardziej byliśmy w ciężkim szoku, kiedy po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów, wszystkie owady znikały pod wodą, a na lustrze zostawał tylko ślad żerujących ryb. Słupki graniczne i widoczny białoruski, przeciwległy brzeg Bugu tylko podkręcały nasze oszołomienie tym miejscem. Nie zabrakło też miejscowego starego wędkarza, który na swojej „Ukrainie” minął nas z wędką. To był ten moment, kiedy w naszych głowach zapadła, jednoznaczna decyzja. Musimy tu wrócić! Po powrocie zaczęliśmy planowanie.

W lipcu 2013 siedząc już w osobówce, ja, Mateusz i Jakub zmierzaliśmy w kierunku Gnojna, na wcześniej upatrzoną na google maps miejscówkę. Załadowani pod sam sufit, woda, chleb, konserwy, ziemniaki, namiot, wojskowe materace i oczywiście tyle sprzętu wędkarskiego ile zdołaliśmy zmieścić do auta. Po dojechaniu na wcześniej ustalone miejsce, okazało się, że klif jest bardzo wysoki, nie dojedziemy nad sam brzeg samochodem, co było równoznaczne z poszukiwaniem innej łatwo dostępnej miejscówki (jak się później okazało, znaleźliśmy tam dojazd ale w 2018 roku :)) Czas nas gonił, było już mocno po 19, a my nie mieliśmy planu. Każdy miał w ręku telefon z mapą i kombinował, gdzie może być najlepsze miejsce. Wybraliśmy starorzecze Trojan kilka kilometrów za miejscowością Zabuże. Piękny zewnętrzny łuk Bugu i dodatkowo świetnie wyglądające na mapie starorzecze napawało nas optymizmem. Po pojawieniu się na miejscu, znów nie było kolorowo, na łuk rzeki nawet nie dotarliśmy, a na starorzeczu miejscowi wędkarze obstawiali wszystkie możliwe miejscówki. Trochę zrezygnowani, stwierdziliśmy, że jedziemy polną drogą jak najbliżej rzeki, tak żebyśmy nie musieli nosić „gratów” zbyt daleko. Muszę przyznać, że Ford Mondeo w sedanie, sprawdził się jako terenówka idealnie. Powoli zapadał zmrok, auto zaparkowaliśmy w niewielkiej niecce, w trawie przewyższającej samochód. Uprzednio zatrzymywaliśmy się kilka razy aby szukać idealnego miejsca, niestety… było późno, trzeba było się rozłożyć. Od rzeki dzielił nas pas olszowego lasu i mały kanał, za plecami bezkres nadbużańskich łąk i piękny zachód słońca... i miliony koników polnych siadających na naszych nogach. Tak zaczęła się przygoda, która trwa do dziś! 

Nad brzegiem znaleźliśmy niewielki skrawek równego terenu, gdzie postanowiliśmy rozbić namiot, pośród drzew, dobre 200 metrów od samochodu. Po przeciwnej stronie rzeki, w oddali, widać było zabudowania Mielnika. W międzyczasie przygotowaliśmy miejsce na namiot, karczując trawę, połacie mięty i „dziką porzeczkę”. Na przygotowanych czterech metrach kwadratowych, rozbiliśmy namiot i rozpaliliśmy ognisko, jednak uprzednio wędki zostały ulokowane na naszych stanowiskach. Rzeka w tym miejscu nie była zbyt urozmaicona, tylko powalone drzewa dawały nadzieje, że pod konarami kryją się jakieś ładne okazy. Wieczór upłynął pod kątem łapania białej ryby i ogarniania obozowiska. Do samej nocy, przygotowywaliśmy swoje obozowisko i tylko co jakiś czas, dzwoniły dzwonki, sygnalizując, że krąp połakomił się na kukurydzę.
 
Pierwsza noc minęła bezproblemowo, lekka mżawka nie dawała się we znaki, nawet się wyspaliśmy. Pierwszy wstał Jakub i ze spinningiem ruszył penetrować wodę wzdłuż brzegu, kierując się na zachód, obławiał wszystkie powalone drzewa, efektem było kilka niedużych okoników, które szybko wróciły do wody. 
 

Później wstał Mateusz i na końcu ja, oni nauczeni spinningowania na Wiśle obławiali brzeg, czego efektem był jeden wymiarowy szczupak, którego jak dobrze pamiętam złapał Jakub. Ja nauczony tylko wędkarstwa spławikowego, zacząłem stawiać pierwsze kroki w wędkarstwie gruntowym, stacjonowałem w obozowisku i pilnowałem dwóch zestawów gruntowych. Krąpie brały jak wściekłe, były zdecydowane i szalenie silne. Nie miałem pojęcia, że ryby 20-30 centymetrowe są takie energiczne, świetna zabawa i mega doświadczenie.
Kiedy dopadło nas pierwsze zmęczenie, postanowiliśmy coś ugotować. Tu role od pierwszego wyjazdu podzieliły się już na stałe, ja pilnowałem ognia i gotowałem, Jakub z Mateuszem zajmowali się dostarczaniem opału. Na pierwszy rzut, cebula duszona w kociołku. Kociołku własnej roboty... mocny i ciężki garnek zawieszony przy pomocy łańcuszka na wcześniej przygotowanej przez Jakuba konstrukcji. Może nie miało to wiele wspólnego z survivalem, ale czuliśmy się wtedy jak władcy puszczy. Ciekawe, czy ktoś z was wie jak smakuje duszona cebula?
 
8-10 posiekanych cebul, duszonych na skwarkach z boczku, do momentu aż się totalnie rozpadną, na koniec wbijamy 3-4 jajka i iście królewskie danie gotowe. Kurcze można się tym najeść!
Ten smak – cudny, cebula jest niesamowicie słodka i w ogóle nie przypomina w smaku tej świeżo siekanej, która najczęściej wyciska łzy. Po zjedzeniu posiłku nastąpił błogostan, który dopełniliśmy dwoma „zupkami chmielowymi”. 

Krótka drzemka i został wymyślony plan - co będziemy robić przez cały dzień.
Pomysł zawodów spławikowych, padł niemal jednogłośnie... uklejek w Bugu nie brakuje, koników na łące jest zatrzęsienie... a przecież te uklejki będą potrzebne na noc :) Dzień mijał dość leniwie, łapanie uklejek na koniki dawało ogromną frajdę, a w momencie kiedy nuda wzięła górę wróciliśmy do łapania na gruntówki.
Koniki - świetna przynęta powierzchniowa
   Na pięćdziesięciu metrach brzegu, mieliśmy cztery stanowiska, które każdy z nas obławiał jednym pickerem. Brania, raz się wzmagały, żeby po chwili znów ustać do zera. Na liczniku, naszego wypadu, co rusz pojawiały się płocie, krąpie i małe leszcze.

Popołudnie było pochmurne i ciepłe, momentami było niemal parno. Na obiad po raz pierwszy, właśnie na tym wyjeździe, zrobiliśmy „kociełek”, który stał się tradycją i kultową częścią każdego wyjazdu. „Kociełek” to zupa, gulasz... właściwie miszmasz, kiełbasa, boczek, cebula, marchew, pietruszka, seler, por, kapusta, buraki, ziemniaki i wszystko co nada tej potrawie dzikiego charakteru, podstawa to mięta, pokrzywa, liść dębu i zielona szyszka sosnowa. Jednak swoje zastosowanie znajdują tu wszystkie jadalne, znalezione wiktuały, krwawnik, maliny, jeżyny, dzikie gruszki, często dla okrasy pojawiają się grzyby. Wszystko mocno ugotowane, przyprawione pieprzem ziołowym i solą. Nie ma dwóch takich samych „kociełków”, każdy smakuje inaczej i jest niesamowicie pożywny. 
Pokrzywy nadają niepowtarzalnego aromatu i smaku
Krótki odpoczynek i każdy z nas ruszył ze spinningiem, w poszukiwaniu drapieżnika. Co najmniej godzina wędkowania, przyniosła zaledwie kilka małych okoni. Szybko powróciliśmy do zabawy z białą rybą. Tu scenariusz z przedpołudnia się powtórzył, co nasunęło Mateuszowi nowy pomysł na danie, właściwie była to nowa odsłona, smażonej ryby. Płocie i krąpie, które wcześniej stały, co najmniej godzinę w zalewie cebulowej, obtoczone w mące pszennej, smażone na oleju rzepakowym. Prymitywne, ale cholernie smaczne danie, okazało się kolejnym obowiązkowym punktem naszych wyjazdów. 
Dzień chylił się ku końcowi. Bliżej wieczora, kukurydza na haczykach ustąpiła miejsca rosówkom i pijawkom. Co ewidentnie spodobało się małym sumom. Największy miał nieco ponad 60cm, nie udało się przechytrzyć żadnego wymiarowego. Na brzegu cały czas płonęło ognisko, w międzyczasie klasyk w postaci pieczonych ziemniaków, zagościł na talerzach. Przygotowując się do nocnego odpoczynku, każdy z nas wybrał przynętę na noc. Bracia wybrali rosówki i pijawki, ja postawiłem na uklejkę. Siedzieliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut, w oddali było słychać nadchodzącą burzę i co chwilę jasny błysk rozświetlał ciemne niebo. Zmęczenie wzięło górę, poszliśmy spać.
 
Noc nie należała do przyjemnych, około godziny pierwszej obudziła nas burza i totalna ulewa, burza ustała, ale deszcz nie... Padało co najmniej do trzeciej, a nasze wojskowe materace i wszystkie rzeczy leżące na podłodze, nasączyły się wodą. Pomimo dość mokrej nocy udało nam się zdrzemnąć. Jak zawsze z rana Jakub pierwszy wytoczył się z namiotu, kilka minut po czwartej usłyszałem wołanie - Wiktor, coś masz na wędce. Na co odpowiedziałem – to wyciągnij... Na początku Jakub miał wrażenie, że to zaczep, jednak po krótkim holu, wędka zaczęła pracować. Zarzucona była dość blisko brzegu, a ryba już jakiś czas była zahaczona, więc nie było zbyt dużej walki, jeden mały odjazd i ryba była tuż obok brzegu. Mateusz szybko chwycił podbierak, ale chyba jeszcze spał, bo styl w jakim podbierał rybę, bardziej przypominał łapanie motyli, ewentualnie grabienie liści :) :) :) Zanim podbiegłem w siatce był piękny wymiarowy sandacz. Mętnooki okazał się rybą wyjazdu, a ukleja okazała się trafioną przynętą. Rybę zaliczyliśmy każdemu z nas :) bo każdy miał swój udział w tym małym zwycięstwie. 

Ryba wyjazdu
O poranku Mateusz upolował pięknego bolenia, a my z Jakubem znów kilka okoni. Dość problemowe okazało się rozpalenie ogniska, wszystkie gałęzie i trawa były przemoczone, jedynym ratunkiem okazała się spróchniała, jeszcze stojąca brzoza, która dała nam sporo suchego opału, a jej kora okazała się świetną rozpałką. Dzięki niej mogliśmy na śniadanie znów ugotować „kociełek”. Na szczęście wyszło piękne słońce i powoli suszyliśmy materace oraz podtopiony namiot. 


Pierwszy wyjazd dobiegał końca,.. nasze miejsce powoli zaczęło powracać do wcześniejszego wyglądu. Tylko palenisko i wydeptane ścieżki zdradzały, że jacyś pasjonaci byli tu zaszyci przez jakiś czas. Zmęczeni, ale szczęśliwi, to chyba najlepsze określenia, plan na przyszłość – musimy tu wrócić za rok!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza