sobota, 31 października 2020

Spinningowy kij uniwersalny do 200 zł – Robinson Toshido Spin

 "Kij uniwersalny do 200zł " takie hasło pada bardzo często w internecie. Początkujący wędkarza szukają niedrogiego kija, którym będą mogli łowić wszystkie gatunki ryb drapieżnych. Dopiero zaczynają, nie wiedza jeszcze czy wędkarstwo ich wciągnie, nie wiedzą nawet jakie gatunki żyją w ich wodach nie mówiąc o tym na jakie przynęty będą łowić. Nie można się dziwić, że chcą ograniczyć wydatki do niezbędnego minimum.
Nie tylko początkujący szukają swojego uniwersalnego kija. Doświadczeni wędkarze mimo iż mają  cały arsenał kijów również dążą do znalezienia kija uniwersalnego. Wybierając się na jeziorowe okonie zabiorą delikatną okoniówkę, wybierając się na jezioro zaporowe na sandacza wezmą szybki kij o dużo większym ciężarze wyrzutowym.



Wiem jednak, że są też tacy jak ja, którzy czasem idą na żywioł. Idą nad rzekę, obserwują wodę, wyciągają wnioski i decydują, że to będzie dzień bolenia. Ciężko to przewidzieć, jeszcze ciężej nosić ze sobą kilka kijów. Dlatego szukamy tego kija, którym będzie się komfortowo łowić klenie i jazie, który bez problemu obsłuży cięższe przynęty boleniowe czy szczupakowe a w razie potrzeby stanie się okoniówką.

Kija, którym będzie można łowić wszystkie gatunki na wszystkich wodach nie ma i nie będzie, Można jedynie tak dobrać parametry aby komfortowo łowić jak największą liczbę gatunków. Oczywiście ważne są parametry takie jak akcja czy  ugięcie jednak to w większym stopniu kwestia gustu wędkarza. Parametrem, na który kwestia gustu nie powinna mieć wpływu jest ciężar wyrzutu. Ciężar wyrzutu powinien być dobrany odpowiednio do wagi przynęt.  Doświadczeni wędkarze nie będą mieli z tym problemu. Wiedzą jakie warunki panują w ich wodach i jakich przynęt potrzebują. Z początkującymi wędkarzami jest nieco inaczej. Idąc nad wodę chcą złowić cokolwiek. Najłatwiej jest z gatunkami, których w naszych wodach jest najwięcej. Szczupak, okoń, boleń, kleń. Od tych gatunków zazwyczaj zaczyna się przygodę z wędkarstwem spinningowym. Czy te gatunki można łowić jednym kijem? Oczywiście , że tak, trzeba tylko dopasować kij do przynęt. Zazwyczaj wszyscy zaczynamy od podobnych przynęt. Gumy w rozmiarach 4-10cm, obrotówki w rozmiarach 2-3, kilkucentymetrowe woblery czy wahadłówki. Waga tych wszystkich przynęt zazwyczaj mieści się w granicach 5-20g. I taki właśnie moim zdaniem powinien być ciężar wyrzutu kija pod takie przynęty.
 
W grudniu zeszłego roku na targach miałem okazję zobaczyć kij Robinson Toshido Spin 6-20g 270cm. Zrobił na mnie duże wrażenie i stwierdziłem, że muszę go mieć. Przez zamieszanie z wirusem musiałem trochę poczekać ale w końcu się doczekałem. Wyglądał dokładnie tak jakim go zapamiętałem. Czarny blank z błękitnymi wstawkami, wygląd dopracowany w każdym detalu, idealnie ustawione, przelotki precyzyjnie polakierowane. Na testy w boju nie musiałem długo czekać, od razu pojechał na Wisłę a później Bug. Na początek stosowałem różna przynęty by zobaczyć jak ładuje się pod różnymi gramaturami i jaki będzie zasięg rzutów.
Wniosek mógł być tylko jeden. Wartości cw podane na kiju były zgodne z moimi spostrzeżeniami. Kij najlepiej radził sobie z przynętami o gramaturach w granicach 10-15g. Ten przedział idealnie wpasuje się w podstawowe przynęty początkującego spinningisty. Obrotówki w rozmiarze 3 średnio ważą około 10g, wahadła takie jak Robinson Basic czy Alga 1 lub Mors, jak również gumy na główkach 6-10g.
To co mnie pozytywnie zaskoczyło to, że przynęty o wadze poniżej 6g również latają na odległości, które mnie zupełnie zadowalają. Skoro mogę posłać Easy Shinera 5cm na główce 2g na dziesiątki metrów, skoro malutka 2g obrotówka Lukris Mini leci na 20 metrów to spokojnie mogę łowi kijem klenie, jazie czy okonie.


Toshido Spin przy długości 2,7m i cw 6-20g spokojnie mi wystarczy do komfortowego łowienia podstawowych pięciu gatunków ryb drapieżnych. Do tego można bez problemu wybrać się z nim na sandacze z woblerem. To czego nie obsłuży to łowienie sumów i sandaczy z rynien z wartkim nurtem gdzie stosuje się główki ważące więcej niż 20g. Jednak nie znam wędkarza który by zaczynał przygodę ze spinningiem od takiego łowienia.

Jak wspomniałem większość wędkarzy swoją przygodę ze spinningiem zaczyna od szczupaka i okonia a ten kij będzie idealnym kompromisem.

wtorek, 29 września 2020

Letnie przelewy

 
Sierpień i wrzesień na Wiśle oznacza zazwyczaj bardzo niski stan wody. Zwłaszcza ostatnimi laty susza bardziej daje się we znaki. Trzeba było się dostosować do takich warunków i nauczyć się w nich skutecznie łowić ryby.

Jaź na obrotówkę

Płytka woda szybko się nagrzewa, pozbawiona tlenu odbiera rybom ochotę na żerowanie. Są jednak miejsca na rzekach, które są lepiej natlenione. Przelewy są idealnym przykładem. A im szersze przelewy tym lepsze. Wartki nurt sprawia, że woda się tak nie nagrzewa i przy okazji jest lepiej natleniona. To w ich sąsiedztwie można liczyć na żerujące ryby. Nawet na płytkich przelewach, takich, na których jest 15-20cm wody można spotkać praktycznie wszystkie rzeczne drapieżniki. Dominują klenie, jazie i bolenie ale przyłowem są szczupaki, brzany, okonie, sandacze a nawet świnki.

Boleń z przelewu

Płytka woda ma swoje minusy. Po pierwsze łatwo o zaczepy i trzeba stosować przynęty bardzo płytko pracujące. Po drugie ryby bardzo łatwo spłoszyć dlatego ważny jest daleki zasięg rzutów. Jaka przynęta jest lotna i można ją prowadzić tuż pod powierzchnią? Moim zdaniem idealnie w te wymagania wpisuje się obrotówka. W tym roku używałem obrotówek praktycznie tylko dwóch firm Robinson, tu zamiennie Tiger i Scale oraz Jaxon Wolf i Lukris Mini. Co ważne stosuję obrotówki ze skrzydełkiem typu "comet". Ich praca charakteryzuje się większym kątem nachylenia w stosunku do osi. Ma to dwie zalety, można je płycej prowadzić i są mniej podatne na zaczepy. Skrzydełko uderzając, na przykład, w kamień momentalnie podbija obrotówkę do góry przez co nie trafia w niego kotwiczką

Takie przelewy warto obłowić

Zasięg rzutów oraz płytkie prowadzenie przynęty można poprawić odpowiednim kijem. Ciężar wyrzutu oczywiście w granicach wagi stosowanych przynęt, jednak równie ważna może okazać się długość kija. Zazwyczaj wybierałem Robinson City Liner Perch 3-15g 270cm. Trzymając wysoko szczytówkę, obrotówkę można tak poprowadzić, że smuży powierzchnię wody. Czasem kiedy nad przelewem wiszą drzewa trzeba zrezygnować z długości aby móc bezproblemowo operować kijem.

Przelewowy kleń

Kołowrotek oczywiście z pełną szpulą. A na szpuli plecionka. Dlaczego plecionka? Jak wspomniałem przelewy to zaczepy. Na nierozciągliwej plecionce mamy lepszy kontakt z przynętą i możemy odpowiednio szybko zareagować przy jej prowadzeniu. Łatwiej też zapanować nad rybą, bo nie ma nic gorszego niż dać kleniowi możliwość wejść w kamienie. Plecionki również zwiększają zasięg rzutu. W moim przypadku na kołowrotku Marshall mam plecionkę Phantom Green Spin 0,08mm.

Okoń o zachodzie słońca

Wielu wędkarzy widząc przelew ogranicza się do rzucania przed nim a najczęściej w warkocz za nim. Tam oczywiście też są ryby, ale te najłatwiejsze do złowienia są na przelewie. To nic, że woda ma tam 20cm głębokości. Wystarczy, że w pobliżu jest dołek, w którym ryba może bezpiecznie się skryć a będzie wychodziła na żer właśnie na ten przelew. Ustawi się za kamieniem lub w niewielkim zagłębieniu i będzie czekać nie nieostrożną drobnicę. W wartkim nurcie wszystko dzieje się szybko więc zwykle ostrożny kleń nie będzie się przyglądał, szybko reaguje uderzeniem. A na płytkiej wodzie takie branie potrafi być bardzo widowiskowe i podnieść adrenalinę. Do przelewu można podejść na wiele sposobów. Najprostszym jest stanąć po prostu na wysokości przelewu. Rzucić obrotówkę powyżej przelewu, unieść szczytówkę tak aby naprężyć plecionkę. Obrotówka na naprężonej plecionce spływając z nurtem będzie pracować, można oczywiście korygować pracę zwijając trochę linki. Taka spływająca obrotówka z prądem wystarczy żeby skusić do ataku czające się tam drapieżniki.

C&R Kleń wraca do domu

Choćby zastosować wszystkie możliwe środki ograniczające zaczepy to jednak zaczepu uniknąć się nie uda. Co wtedy? Są dwa wyjścia. Po płytkim przelewie można oczywiście wejść po przynętę. Przynęta uratowana ale niestety ryby na kilkadziesiąt minut wypłoszone. Jeśli przelew moim zdaniem wystarczająco obłowiłem i czas ruszać dalej to oczywiście wchodzę po przynętę. Ale jeśli jest to mój drugi rzut i od razu zaczep? Wtedy po prostu zrywam szybko przynętę mając w pamięci miejsce, w którym została. Po obłowieniu przelewu idę w to miejsce. Zazwyczaj błyszcząca obrotówka jest łatwa do namierzenia.

 

Mimo iż na przelewach z bratem łowię od kilkunastu lat z każdym wyjściem taki przelew potrafi zaskoczyć. Ale o tym najlepiej przekonać się na własnej skórze.

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Plecionka Robinson Phantom Green Spin

 

Przerobiłem już kilka plecionek od Sufix poprzez Power Pro do Nihonto Octa Braid. Wiosną 2015 na swoje kołowrotki nawinąłem trzy szpule plecionki Robinson  Phantom Green Spin. Nie lubię się ograniczać i szufladkować więc mimo jasnego przekazu producenta, że to plecionka spinningowa używałem jej zarówno do spinningu jak i gruntu. 

Robinson Phantom Green Spin

Producent informuje, że dzięki procesowi wstępnego naciągu początkowa średnica plecionki ulega zmniejszeniu, zachowując przy tym w 100-procentach parametry wytrzymałościowe pierwotnej grubości. Dodatkowo tak jak we wspomnianej Power Pro plecionka wykonana jest włókien Spectra wykonanych w USA

Jedna z nich o największej średnicy 0,15mm i 14,35kg uciągu trafiła na kołowrotek przeznaczony do wiślanego gruntu. Miała służyć do zadań specjalnych. Do łowienia wiślanych ryb w trudnych warunkach. Brzan czy niewielkich sumów w kamieniach czy zatopionych drzewach.

Kolejna 0,10mm i 8,05kg trafiła na kołowrotek do cięższego spinningu. 

Trzecia o średnicy 0,08mm i 5,90kg przeznaczona do lżejszego spinningu i gruntu.

 

Pierwsze informacje na temat plecionki uzyskujemy już po nawinięciu na kołowrotek. Podczas nawijania na rękawicy i przelotkach pozostało trochę farby. Jednak nie spotkałem się dotychczas z barwioną plecionką po nawijaniu, której farba by nie została. Tutaj ta ilość jest naprawdę niewielka. Drugie spostrzeżenie nasuwa się po nawoju na kołowrotku. Zależy on w głównej mierze od kołowrotka ale także od miękkości i przekroju plecionki. Tutaj nawój jest bardzo równy co świadczy o tym, że przekrój jest zbliżony do okrągłego. Celowo piszę zbliżony bo idealnie okrągły nie jest. Zauważyłem to dopiero przy łowieniu feederem. Po zarzuceniu i naciągnięciu plecionki przy odpowiednim kącie padania promieni słonecznych można zauważyć, że plecionka jest raz ciemniejsza raz jaśniejsza co świadczy o tym, że skręcona odbija światło w różnych kierunkach, przy idealnie okrągłej średnicy nie miało by to miejsca.


Przyszedł czas na testy nad wodą. 

Plecionka bardzo ładnie schodzi z kołowrotka przy rzutach. Dzięki miękkości i niemalże okrągłemu przekrojowi możemy osiągać dalekie rzuty. Co dla wielu wędkarzy jest ważne plecionka jest bardzo cicha. Szum na przelotkach nie jest uciążliwy. Natomiast dzięki bardzo niskiej rozciągliwości można wyczuć najmniejsze pstryknięcia podczas spinningowania i odpowiednio szybko skwitować zacięciem. Dodatkowo ładnie i szybko przenosi branie na szczytówkę wędki gruntowej.

Po niemalże całym sezonie wiślanego łowienia na różne średnice tej plecionki można wyciągnąć więcej wniosków. Plecionka bardzo powoli traci kolor. Nie schodzi on pod wpływem czynników atmosferycznych takich jak deszcz czy słońce. Niewielkie zmiany w kolorze są widoczne jedynie w końcowym odcinku plecionki, który ma styczność z dnem. Linka jest bardzo mocna i wytrzymała. Nie robiłem testu z odważnikami więc nie jestem w stanie stwierdzić czy deklarowany uciąg jest zgodny z podanym przez producenta.

Miałem okazję przetestować plecionkę w temperaturach lekko poniżej 0. Plecionka zdała egzamin. Sztywnienie zauważyłem tylko na samej końcówce tam gdzie była najbardziej zużyta. Po odcięciu dwóch metrów plecionki mogłem komfortowo łowić.

Po sezonie stwierdziłem, że warto zaufać tej plecionce i nabyłem kolejne szpule. W tym średnicę 0,06 do lekkiego spinningu. Po 5 latach nadal jestem wierny tej plecionce. W sezonie 2020 łowiłem na plecionkę tej średnicy na Wiśle i Bugu medalowe bolenie i sandacze. Plecionka bez problemów dała radę.

Uważam, ze w tej cenie jest to świetny wybór. Mamy do dyspozycji 8 różnych średnic i wytrzymałości. Każdy znajdzie coś dla siebie.







niedziela, 30 sierpnia 2020

Wędkarski kac - czyli objawy ugryzienia przez bagnika

Bagnik pilnuje młodych

 Oficjalnie bagnik nadwodny został ogłoszony największym pająkiem w Polsce. 2,5 cm to dużo? Raczej średniak? 2,5cm to długość samego głowotułowia z odwłokiem z odnóżami ma długość 7 cm a niektóre źródła podają nawet 9cm. A to już działa na wyobraźnię.
Jak wiadomo większość pająków jest jadowita. Na szczęście większość jest niewielka i ma zbyt małe szczękoczułki aby przegryźć skórę człowieka. Nie dotyczy to jednak bagnika. Ten z racji swoich rozmiarów ma duże szczękoczułki, którymi bez problemu potrafi ugryźć człowieka.

Wędkarski kac

Jak sama nazwa wskazuje, nawet oba jej człony, pająka tego można spotkać nad wodą. Dlatego to właśnie wędkarze najczęściej spotykają i padają ofiarą ukąszeń bagnika. Sam spotkałem go wielokrotnie. Jad tego pająka powoduje silne zatrucie organizmu, trwające kilka dni objawiające się bólem głowy, biegunką i wymiotami. Objawy te są potocznie nazywane „wędkarskim kacem”
Na szczęście bagnik jest płochliwym pająkiem. Ciężko wejść mu w drogę, ciężko nawet zobaczyć. Jest świetnym pływakiem i nurkiem w chwili zagrożenia natychmiast chowa się pod powierzchnią wody. Są jednak momenty w jego życiu, że potrafi być agresywny i niczego się nie boi. Tym momentem jest pilnowanie młodych w kokonie rozpostartym na nadwodnej roślinności. Dziś będąc na rybach spotkałem taką „mamuśkę” stojącą na straży kokonu. Przechodziłem przez trzciny, jeden fragment rośliny pod moim naciskiem dotknął pajęczyny oplatającej kokon. W ułamku sekundy pająk rzucił się na ten liść a jego ataki szczękoczułkami były dobrze słyszalne. Pomyślałem że nie chciałbym gołą dłonią nieopatrznie trącić takiego kokonu. Rozejrzałem się spokojnie dookoła i na około 2 metrach kwadratowych zauważyłem 6 pająków dorosłych. Obok każdego były setki młodych. Wygląda na to, że właśnie jest czas wylęgu, a więc najniebezpieczniejszy okres. W tym czasie samice są bardzo agresywne i potrafią ukąsić człowieka. Oddaliłem się po zrobieniu kilku zdjęć.

Matka pilnująca kokonu

Trochę z życia pająka

Jak wspomniałem żywot bagnika jest nierozłącznie powiązany z wodą. Można go spotkać głównie nad zbiornikami z wodą stojącą. Starorzecza, jeziora, rowy i bagna to jego królestwo.
Bagniki dzięki swoim rozmiarom potrafią atakować większe ofiary niż reszta pająków polskich. Ich ofiarą padają ważki, małe ryby a nawet młode żaby. Chwytają ofiarę nogami i szybko uśmiercają szczękoczułkami. Za rybami potrafią nawet nurkować.
W Polsce można jeszcze spotkać również bagnika przybrzeżnego. Jest on trochę mniejszy i ma jasne pasy na odwłoku. Zapuszcza się trochę dalej od brzegów.


Bagnik nadwodny jest gatunkiem rzadkim i został umieszczony wśród gatunków zagrożonych wyginięciem w międzynarodowej Czerwonej Księdze Gatunków Zagrożonych (IUCN Red List of Threatened Species).


wtorek, 30 czerwca 2020

Boże Ciało na medal

Święta fatalnie wypadają w tym roku i niewiele czasu wolnego od pracy. Dlatego postanowiłem maksymalnie wykorzystać Boże Ciało. Już w środę byłem nad Bugiem aby znaleźć i zanęcić miejscówkę. Wybrałem dobrze znany mi zakręt. Wsypałem blisko brzegu trochę kukurydzy konserwowej i gotowanego grochu. Następnego dnia miały zacząć się leszczowe żniwa.

Boleń na medal

W czwartek nie udało mi się wstać tak wcześnie jak chciałem ale tuż po wschodzie słońca byłem już na miejscu. Wszystkie miejscówki już praktycznie obstawione moje miejsce na szczęście było wolne. Zanim rozłożyłem sprzęt wypytałem sąsiadów o wyniki. Te niestety były marne, zero leszczy jedynie komuś wszedł niewymiarowy sum. Rozłożyłem kije, napełniłem koszyki zanętą i posłałem zestawy do wody. Mijały kolejne minuty a wszystkie wędki na zakręcie stały nieruchomo. Dopiero po około godzinie miałem pierwsze branie. Branie nie było agresywne ale wyraźne. Zaciąłem i po chwili mogłem cieszyć się 57 cm leszczem.

Leszcz na feeder

Leszcz po tarle, chudy i poraniony szybko wrócił do wody a ja pełen nadziei wróciłem do łowienia. Moja ryba wywołała poruszenie na brzegu, wędkarze przestawiali zestawy bliżej brzegu tak jak zastawiłem ja swoje. Niestety ani im ani mi tego ranka szczęście nie chciało dopisać... tak przynajmniej myślałem. Dochodziła godzina 9 i co mniej cierpliwi zaczęli się pakować. Ja też spakowałem feedery i wyciągnąłem spinning. Zawsze w tym miejscu gęsto było od ataków bolenia i choć tego dnia była cisza miałem nadzieję jakiegoś przechytrzyć. Po kilkunastu rzutach za plecami pojawił się wędkarz, wypytał o wyniki i wspomniał że pół kilometra w górę rzeki przy ujściu starorzecza mocno żeruje drapieżnik. Spakowałem więc sprzęt i jako, że to miejsce było po drodze postanowiłem je zahaczyć.

Podniesiony stan wody sprawiał, że woda wdzierała się na zarośnięty trawami zazwyczaj suchy blat. Wiedziałem, że przy takim stanie wody będę musiał zmoczyć buty żeby wejść na skraj traw i łowić wzdłuż brzegu. Do brodzenia na skraju głębokiej wody po brzegu pełnym bobrzych nor nie chciałem brać niepotrzebnego sprzętu. Zwłaszcza, że to miało być kilka rzutów, nie liczyłem na wielkie łowy bo już zbliżała się godz 10. Wziąłem więc najmocniejszy spinning jaki posiadałem w aucie a więc Robinson Diaflex Perch Jig. A na końcu zestawu wobler Strike Pro Montero. Do tego szczypce w kieszeń a w drugą rękę podbierak. Z takim wyposażeniem zacząłem brodzić wzdłuż traw. Trawy wysokie prawie jak ja sprawiały, że żerujące bolenie praktycznie mnie nie widziały. Uderzały pod nogami i dosłownie chlapały mnie wodą. Wszystkie atakowały od brzegu z trawy. Postanowiłem woblera poprowadzić możliwie jak najbliżej trawy. Kiedy był już praktycznie pod nogami. Poczułem mocne uderzenie i w jednej chwili hamulec zaczął grać a mój zestaw był już 20 metrów od brzegu w głównym nurcie Bugu. Na szczęście boleń rzadko wchodzi w zawady i często walczy w nurcie więc pozwoliłem mu się wyszaleć. Po kilku minutach w podbieraku miałem wypasionego bolenia. Trzymał się na jednym haku kotwiczki, pozostałe dwa były praktycznie wyprostowane. Przyłożyłem do wędki, od końca dolnika do informacji żeby nie bawić się kijem pod liniami wysokiego napięcia jest 65 cm. Wypasiona rapa tej długości na kiju o cw do 10g to już przyjemny hol.

Podekscytowany ruszyłem wzdłuż brzegu w poszukiwaniu kolejnych, w mokrych butach, pociętych od trzcin i tataraku nogach i pełnym słońcu nie było to przyjemne łowienie ale czasem tak trzeba. Wypatrzyłem ruch pod jedną kępą trawy, posłałem woblera, któremu uprzednio poprawiłem kotwiczkę. Kilka ruchów korbą i uderzenie. Błysnęło coś srebrnym kolorem i kierowało się w nurt. Tu walka od początku była mniej zacięta, ryba dała się holować w moim kierunku bez odjazdów. Już myślałem, że to mały boleń ale przy podbieraku wyłonił się sandacz. Po przyłożeniu do kija sięgał od uchwytu kołowrotka do pierwszej przelotki, a właściwie do złotej omotki. Po zmierzeniu tego odcinka kija okazało się, że to 53 cm.

Sandacz spod trawy

Byłem już głodny i mocno zmęczony, postanowiłem podładować baterie i wrócić tu wieczorem.

Wieczorem, byłem z dokładnie takim samym arsenałem. Diaflex Perch Jig 225cm 2-10g, kołowrotek Pulsar FD 1020 z nawiniętą plecionką Phantom Green Spin 0,06mm.

Zacząłem od miejsca gdzie złowiłem sandacza. Po kilku rzutach poczułem opór. Myślałem że wciągnąłem woblera w jakąś zatopioną trawę ale szybko poczułem mocne uderzenia. Już byłem pewien, że to sum. Tylko on tak kopie. Nie wiedziałem tylko jakiej wielkości. Sum nie wychodził na otwartą wodę jak boleń czy sandacz. Ciągle próbował wbić się w porośnięty trawami brzeg, szukał jakiejś jamy. Wchodził w trawę i trwał nieruchomo, ja razem z nim. Wygięty kij i czekamy. Po chwili wychodził i sytuacja się powtarzała. Kilka razy to przerobiliśmy i w końcu mój Diaflex podołał jak się okazało niewymiarowemu bo około 65 cm sumowi. Sum wrócił do wody a ja do łowienia przy trawach. Kiedy po kolejnym rzucie wobler zbliżał się do trawy znów poczułem mocne uderzenie. Ryba wystrzeliła z trawy i nie zważając na hamulec kołowrotka pognała w nurt Bugu. Tak zachowuje się boleń. Po kilku minutach holu pokazał się pierwszy raz nad powierzchnią. To oznaczało, że złapał powietrza i koniec holu bliski. Tylko trafił do podbieraka i wobler wypiął się z pyska. Wobler stracił jedno ramie kotwiczki a drugie było wyprostowane. Na szczęście to trzecie jak przy pierwszym boleniu dało radę do końca.

Po przyłożeniu do kija boleń sięgał od stopki kołowrotka do omotki przy końcu składu. Ten odcinek miarka oceniła na 75cm. Hol na Diaflex dał się boleniowi trochę w kość. Pięć minut reanimacji w nurcie rzeki zanim ochlapał mnie strzelając jak torpeda w głębiny.

Niestety na horyzoncie pojawiła się burza i trzeba było kończyć łowienie. I choć po złowieniu Leszcza 57 cm, boleni 65 i 75cm, sandacza 53 i suma 65cm nie powinienem raczej odczuwać niedosytu to jednak wiedziałem, że taki dzień nie trafia się często i przeklinałem tę burzę pod nosem.

Zestaw przygotowany pod klenie i okonie poradził sobie z większymi sztukami i choć początkowo brakowało mi nieco długości żeby sięgnąć za trawy czy mocniejszej linki do pewniejszego holu to po czasie stwierdziłem, że gdybym miał toporniejszy zestaw ta kotwiczka mogła by nie wytrzymać a wtedy boleń 75cm mógłby nie trafić do podbieraka.


piątek, 29 maja 2020

Pierwsza wyprawa na Rządzę

Zbliżał się jeden dzień nieplanowanego wolnego. Oczywistym było, że spędzę go nad wodą wędkując. Tylko gdzie i jaką metodą? Dzień wcześniej długo przeglądałem mapę i fora internetowe w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Wychowany nad Wisłą szukałem odmiany i jakiegoś wyzwania. Akurat przyszła do mnie dostawa mikro obrotówek nr 000 i 0000 od Eluska Lures. Pomyślałem, że warto było by je zabrać nad wodę i przetestować.

Szukając w okolicach Warszawy mimowolnie ciągnęło mnie w stronę Bugu i tak po drodze natrafiłem na małą rzeczkę Rządze. Znalazłem fragment gdzie wiła się pośród łąk z dala od zabudowań. Na mapie wszystko wyglądało świetnie, wyglądało, że będzie okazja przetestować mikro przynęty pod nowym River Masterem Ultra Light Jig.

Następnego ranka po 40 minutowej przejażdżce miałem Rządzę już w zasięgu wzroku. Pierwsze wrażenie nie było zbyt optymistyczne. Rzeka szeroka na dwa metry. W porywach na wypłyceniach trzy metry. Do tego roślinność wodna i zwisające trawy. Nie było miejsca gdzie zarzucić przynęty. Na Wiśle posyłasz przynętę ile mocy w rękach a i tak często boleń poza zasięgiem a tu dwa metry czystej wody, zwalone drzewo i zakręt i tak dalej i tak dalej. Nie ma praktycznie gdzie rzucić. Podejdę do miejsca gdzie jest trochę czystej wody to ryby momentalnie się płoszą.

Pierwsza godzina to szukanie miejsca. W końcu trafiłem na ostry zakręt i większe zakole. Tam podchodząc na kolanach mogłem zarzucić i poprowadzić przynętę przez trzy metry bez wyciągania jej z wody. W obawie przed zaczepami zacząłem od 2 cm twisterka na mikro główce o wadze 1,5g. Po chwili pierwsze skubnięcia i malutki okonek pierwszą rybą wyciągniętą z Rządzy.

okoń z Rządzy

Jedna rybka z takiego miejsca i łowisko spalone, trzeba iść dalej. Za chwilę następny zakręt z zatoczką. Jak wcześniej zbliżyłem się kucając i chowając za trawą. Tu już odważyłem się spróbować obrotówki 000. Za pierwszym rzutem widzę klenie ścigające obrotówkę, uważne, nie zaatakowały. W drugim rzucie branie i okoń. Tym razem ładny już pasiak. No ale kolejna miejscówka spalona. Przy kiju 0,5-5g nawet wymiarowy okoń jest przeciwnikiem, którego nie można zlekceważyć. A hol przy wyprostowanej pozycji to wypłoszenie pozostałych ryb.

Po kilku takich sytuacjach miałem na koncie kilka okoni. Miałem też kilka spostrzeżeń. Klenie są czujniejsze niż na większych rzekach i nie siedzą stadami. Na Wiśle jak z przelewu przynętę odprowadzi jeden kleń i zobaczy wędkarza to już nie weźmie ale w tym samym miejscu są kolejne, oczywiście mowa tu o średniakach a nie rekordowych kluskach, które często działają w pojedynkę. Tutaj jak kleń odprowadzi przynętę i jej nie zaatakuje, to miejsce spalone.

okoń na Micrmastera

Po kilku kilometrach wędrówki w górę rzeki na koncie miałem sporo okoni i jelca ale żadnego klenia. Zacząłem fiksować trochę na jego punkcie. Odpuszczałem już typowo okoniowe głęboczki szukałem czegoś, gdzie wiem, że będę miał szansę na klenia. Dopiero dochodząc do zabudowań znalazłem takie miejsce. Ludzie chcąc zapobiegać podmywaniu brzegów i osuwaniu się ziemi wsypywali wszelkiego rodzaju gruz i odpady budowlane na brzeg. Dla mnie to namiastka rafy kamiennej, którą uwielbiają klenie. Na czterech przedarłem się na skraj brzegu. Z ukrycia dostrzegłem trzy klenie. Jeden ponad 30cm i dwa mniejsze. Zazwyczaj w takich miejscach łowię na obrotówki ale nie chciałem już majstrować przy zestawie żeby nie wykonywać zbędnych ruchów więc do wody posłałem okoniowego killera czyli Micromastera od Fishchaser na 2g główce.Zapamiętałem miejscówkę ciut się wycofałem, tak że nie widziałem już kleni ale byłem pewien, że one mnie też nie widzą. Posłałem przynętę zza traw na pamięć. Jeden ruch korbą i uderzenie. Wyskoczyłem zza trawy na równe nogi z jednym życzeniem, oby to był ten największy. Po krótkim hol w moich rekach znalazł się wymarzony kleń. Klusek ma 35 cm więc to na pewno ten największy.

Upragniony kleń

Miał na grzbiecie tarłową wysypkę więc stwierdziłem, że spełniłem swoją misję i złowiłem klenia na nowej, malutkiej rzece. Kleniom należał się spokój a ja wróciłem do łowienia okoni i robienia zdjęć tej urokliwej rzeczce, nad którą zapewne jeszcze nie raz wrócę. Tym razem z bagażem doświadczeń

Mój zestaw:

River Masterem Ultra Light Jig 230cm 0,5-5g

Yoshida FD 208

Żyłka VDE-Robinson Team Professional 0,162mm

Krętlik z agrafką nr 24 od Jan-Tex


Poniżej niewielka galeria rzeki Rządzy



poniedziałek, 25 maja 2020

Majowe łowy spławikowe

W poprzednich sezonach miesiąc maj to dla mnie był głównie spinning i uganianie się za szczupakiem, boleniem i okoniem. Czasem gruntówka w poszukiwaniu leszczy. Ten sezon z powodu wirusa zaczął się inaczej niż zwykle,  mimo iż łowić już można, to nie wróciłem do przyzwyczajeń a poszedłem nową drogą. Właściwie to nie nową a przypomniałem sobie łowienie z początków mojej wędkarskiej przygody.

Lin na białego robaka

Początki to bieganie ze spławikówką po starorzeczach. Spławikówka ta niekoniecznie składała się z kija przeznaczonego do tej metody. Przerabiało się co się miało i nad wodę. Bez rekordów, bez napinki tylko czysty relaks nad wodą.

Relaks przy łowieniu spławikówką 3-5m od brzegu wygląda nieco inaczej niż przykładowo łowienie na metodę na 20m. Nie ma tu miejsca na ogniska, kiełbaski, grille, piwko i rozmowy. To ciągłe skupienie, podchody i chowanie się przed przeciwnikiem za kępą kosaćca czy pniem olchy. I właśnie od tego w tym sezonie zacząłem maj, od łowienia „na indianina”

wzdręga na spławik

Brałem ze sobą dwa kije. Pierwszy to stary wysłużony Robinson Dynacore Match 4,2m. Z racji, że mam aktualnie jedną spławikówkę postanowiłem użyć do tej metody kij MVDE-R Nano Core Method Feeder TX2 330cm. Do kompletu podbierak, aparat, trzy puszki kukurydzy, kilogram zanęty Robinson Tech & Carrasio, pudełko białych robaków i kilka drobiazgów jak wypychacz, miarka czy zapasowe haki i ołów.  Z niewielką ilością sprzętu mogłem odwiedzać miejscówki gdzie ludzie niechętnie się zapuszczają. Tam ryba nie jest przepłoszona i chętnie przebywa blisko brzegu.

Bezszelestnie podchodziłem do brzegu, sypałem dwie garści zanęty w postaci wymieszanej gotowej zanęty z dodatkiem kukurydzy i białego robaka. Zarzucałem wędki tak aby przynęta leżała na dnie i w bezruchu oczekiwałem na brania. Zazwyczaj nie musiałem długo czekać. Były wyprawy, że pierwszego lina łowiłem już po kilku minutach od zarzucenia wędki.

Takie łowienie okazało się najskuteczniejsze na moich wodach. Kiedy wędkarze łowiący na dużych odległościach matchówkami czy gruntowcy schodzili o kijach ja zawsze miałem jakąś sztukę na koncie. Nawet jeśli liny nie chciały współpracować to pojawiały się wzdręgi czy leszcze.

leszcz na spławik

Starałem się aby w miejscu gdzie siedziałem nie zostawić po sobie śladów. Żadnych połamanych gałęzi, chwastów, zero rozsypanej zanęty czy wywleczonego zielska z wody, oczywiście nie ma mowy o jakichkolwiek śmieciach. Miejsce musiało wyglądać jakby nikt tam nie łowił, tak aby następnego dnia móc wrócić w to miejsce i nie pluć sobie w brodę, że przyszło się 5 min za późno bo już ktoś je zajął, a jak pewnie wiecie wielu wędkarzy lubi wejść w nęcone jeszcze szybciej niż ryba.

Dodaj podpis

Mimo iż miał to być powrót do przeszłości bez rekordów i napinki to udało mi się złowić jednego z większych moich linów, do 50cm zabrakło tylko dwa. Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć ile emocji wędkarzowi potrafi dostarczyć pojawiająca się piana koło spławika i lekkie jego wynurzenie albo delikatne przesunięcie o kilka cm. Na ten moment potrafiłem czekać w bezruchu kilkadziesiąt minut. Wiedziałem, że za chwilę będzie emocjonująca walka z silnym linem i kolejna fotka do kolekcji.

Jeśli zaczynaliście od spławika, bo tak zazwyczaj zaczyna się przygoda z wędkarstwem, a teraz jesteście na etapie innych metod, wróćcie czasem do początków, do wędkarstwa z dziecięcą pasją.

 

Mój sprzęt to:

Kij Robinson Dynacore Match 4,2m
Kołowrotek Robinson Long Cast II
Żyłka Primera 0,2
Spławik Tim Skrzetuski 3g
Haczyk Titanium Umi Tanago 230N w rozmiarze 12


MVDE-R Nano Core Robinson FD More Method Feeder TX2 330cm
Kołowrotek Method Crank
Plecionka Phantom Green Spin 0,08mm
Spławik Tim Skrzetuski 3g
Haczyk Titanium Umi Tanago 230N w rozmiarze 8