piątek, 25 czerwca 2021

Wędkarstwo z Pasją - dzień w którym zrobiłem magię!

Kilka lat temu trafiłem na ciekawy artykuł opisujący jak, w dość groteskowy sposób, schwytać małpę w lesie. Nie wiem czy w istocie jest skuteczny ale tak mi się spodobał, że postanowiłem go przytoczyć. Będzie dziś przydatny. Otóż, należy włożyć jabłko do dziupli w pniu drzewa. Jabłko powinno być na tyle duże żeby bez zbędnego luzu przechodziło przez otwór dziupli. Wówczas małpa chwyta jabłko dłonią i próbuje je wyjąć. Zwierzę ma nie lada kłopot bo o ile samo jabłko przechodzi przez otwór o tyle chwycone dłonią już nie. W chwili gdy nadchodzi myśliwy małpa zrywa się do ucieczki ale instynkt nakazuje uciekać wraz z jabłkiem. Niestety biedne zwierzę nie może wyjąć łapy z dziupli i w stresie szarpie się bezskutecznie…


Wędkarstwo z Pasją
Było już znacznie po godzinie 17:00 gdy po ciężkim dniu delegacji służbowej, stanąłem przy brzegu Wisły. Sam fakt, że musiałem wstać bladym świtem, pokonać 300 km, stawić się w pracy i oddać obowiązkom zawodowym na około 8 godzin, był mocno wyczerpujący. Do tego ten upał i parne powietrze zwiastujące burzę sprawiały, że szukałem tyłkiem jakiegoś wygodnego kamienia w cieniu wierzby, by usiąść i spokojnie obserwować wodę. Zauważyłem, że przy kamienistej podwodnej rafie, żerował intensywnie boleń. Woda w tym miejscu miała około 80 cm głębokości a znaczny jej uciąg, tworzył ciekawy wędkarsko „warkocz”. Doskonałe warunki bytowania klenia i bolenia, szczególnie w tak upalne dni. Zawsze, w bagażniku, wożę ze sobą wędkę i pudełko przynęt spinningowych. Chcę być gotowym na takie chwile jak ta. Tym razem przezornie spakowałem też spodnie i koszulkę wędkarską żeby nie łowić w marynarce, koszuli i lakierkach tak jak ostatnio, na Bugu. Nie minął kwadrans i stałem gotów do wykonania pierwszego rzutu. Tylko z butami coś poszło nie tak, bo tych na zmianę nie spakowałem ale lakierki naprawdę pięknie dopełniały całości ubioru.

Kilka słów o sprzęcie, bo to będzie istotne w zasadniczym momencie robienia magii… Miałem ze sobą naprawdę delikatny zestaw. Wędzisko o cw. 2 - 12 gram, żyłka 0,14mm i 15cm przypon o wytrzymałości 2,5 kg (najcieńszy jaki można dostać w przeciętnym sklepie wędkarskim). Na końcu zestawu obrotówka nr 2, na którą ostatnio złowiłem kilka dorodnych boleni. Wolframowy przypon zastosowałem tylko dlatego, że po obu stronach warkocza tworzyły się „wsteczniaki „ z leniwą wodą. To z kolei miejsce szczupaka. Nie chciałem ryzykować obcięcia żyłki i zakolczykowania wirówką jakiegoś kaczodziobego. Wykonałem kilka kontrolnych rzutów a boleń przesunął się za warkocz, żerował w miejscu, które mogłem sięgnąć przynętą. Wykonałem więc rzut w poprzek warkocza tak, że obrotówka wpadła metr za nim, do spokojnej wody. Zdążyłem trzy razy obrócić korbką kołowrotka i trach…

Nastąpiło energiczne branie - mam Cię bolku – pomyślałem. Ryba jednostajnym tempem rusza niczym lokomotywa z nurtem, w dół rzeki. Zobaczyłem, że po drugiej stronie formują się złowrogie burzowe chmury. Zignorowałem to jednak i skupiłem się na rybie. Byłem przekonany, że to boleń ale przeszyło mnie takie uczucie, które towarzyszy mi tylko wtedy gdy na przynęcie uwiesi się konkretny sum - zwykła niemoc. Ale wciąż obstawiałem rapę bo sum w takiej chwili sadzi potężne „kopniaki” znamienne tylko dla niego. Odjazd nie chce się skończyć a z kołowrotka wyjechało już około 80 metrów żyłki. Ja dalej nic nie mogę zrobić poza czekaniem. Przeciwnik nareszcie przystanął, zawrócił i podobnym, niezbyt szybkim tempem jedzie w moją stronę. Co to ma być? Jeśli boleń to rekordowy chociaż na rozkładzie miałem już niezłe sztuki. Odzyskuję 40 metrów żyłki i ryba znów stawia opór. Nagle czuję na wędce silne „kopniaki”. Ty wąsata, podstępna bestio – wymamrotałem. Tak potrafi tylko sum. Chyba dopiero w tej chwili zorientował się, że coś jest nie tak. Ja mam duszę na ramieniu, ciśnienie 260/120, puls jak u naszych reprezentantów w 90 minucie w meczu z Hiszpanią a ten dopiero się zorientował, że tu się odbywa hol! Kołowrotek od tej chwili już nie grał melodii on przeraźliwie jęczał i trzeszczał a ryba wybierała kolejne metry. Hamulec leciutko dokręcam ale z wyczuciem, bo mam uczucie jakbym w ręce trzymał wierzbową witkę a nie wędkę a żyłka o grubości 0.14mm to jakby pajęcza nić. Siłę hamulca regulowałem już tylko lekko dociskając palec do szpuli aby starać się wywrzeć na rybie jakiekolwiek wrażenie. Kończy się drugi odjazd gdzieś na setnym metrze. Sum znów tłucze ogonem w żyłkę ale nic nie może zrobić ponieważ moja witka i 100 metrów rozciągliwej żyłki skutecznie amortyzują każde uderzenie. Pojawia się nadzieja, że dzięki temu nie urwie żyłki. Wciąż jednak nie rozumiem dlaczego jeszcze nie przetarł przyponu. Prawdopodobnie zapiął się jakoś szczęśliwie dla mnie. Inaczej jednym kłapnięciem szczęki zerwał by przypon. „Hol” trwa już około 15 minut a ja wciąż nie mam żadnej władzy nad rybą. Totalna niemoc i czekanie. Wąsaty jednak przystanął w miejscu. Chyba zakotwiczył się w jakimś dołku bo już ani nie „kopie” ani nie odjeżdża. Czyżby odpoczywał? Ryba równie dobrze może mieć 90 cm jak i 2 metry. Tego się nie da na razie oszacować.

Teraz się czuję jakby po drugiej stronie zestawu był worek cementu. Zaczynam kombinować i szacować szanse. Strzeliłem dwa razy z żyłki by ruszyć rybę z dna. Udało się za drugim razem ale szybko się przekonałem, że to był zły pomysł. Lokomotywa rusza dalej a kołowrotek piszczy oddając żyłkę. Widzę, że kończy się zapas żyłki na kołowrotku a miałem 150 metrów. Opatrzność Boska sprawiła, że zastosowałem pod żyłką podkład z plecionki i połączyłem obie linki solidnym węzłem. Ryba zaczyna wybierać już plecionkę a więc jest ponad 150 metrów ode mnie. Ale znów zwalnia. Dokręcam odrobinę hamulec bo wiem, że na kolejny odjazd nie wystarczy linki i wtedy po zawodach. Zaprosił mnie na wycieczkę w dół rzeki ale niestety nie mogłem ruszyć za nim. Poniżej mnie, Wisłę od brzegu oddzielał pas przywodnych wierzb. Sum na moje szczęście zawraca i pozwala odzyskiwać linkę. Ewidentnie mi daje fory bo skracam dystans niemal o połowę. Czuję, że płynie wolno w stronę brzegu ale wciąż jakieś 80 metrów ode mnie. Gdzieś, gdzie kończy się rząd wspomnianych wierzb. Chwyciłem za telefon by skupić się na czymś i nie pozwolić na fałszywy ruch. W takiej chwili warto do kogoś zadzwonić i ochłonąć. Każda decyzja musi być chłodna a działanie precyzyjne. Tylko wtedy mam jakiekolwiek szanse. Uciąłem sobie krótką pogawędkę z Kubą i dałem mu posłuchać trzeszczącego kołowrotka. To był dobry pomysł. Kuba twierdzi, że mam szanse. Być może to tylko kurtuazja ale wlewa otuchy. W międzyczasie ryba utkwiła w punkcie całkiem blisko brzegu. Niestety jakieś 80 metrów ode mnie a ja nie mam jak podejść. Usiadłem na kamieniu i lekko pompuję wędką. Tym razem ani strzelanie z żyłki ani próba pompowania nic nie daje.

Podeszło do mnie dwóch kibiców i widząc moje zakłopotanie pytają czy mam zaczep czy to ryba. Odpowiedziałem, że ryba ale nie dali od razu wiary bo ja siedziałem spokojnie na kamieniu i tylko kontrolowałem naciąg żyłki. Pogadaliśmy sobie, opowiedziałem historię i koledzy widząc, że burza dociera już do przeciwległego brzegu Wisły stwierdzili , że jeśli nawet tam jest ryba to poszła w zawadę i nie mam żadnych szans z tą żyłeczką. Nawet jeśli sum nie ma więcej niż 80 cm. Nie dodali mi otuchy ale tym razem bardziej zaczęła mnie niepokoić zbliżająca się burza, rzucając co chwilę błyskawicami relacji chmura – ziemia.

Burza jeszcze za Wisłą

Jako samozwańczy łowca burz i fanatyk podobnych zjawisk pogodowych, wiem jak groźne są wyładowanie doziemne szczególnie, że znajdowałem się obok wysokiej wierzby. Hol trwał już około godzinę, ryba od kilkunastu minut tkwi w jednym miejscu, po drugim brzegu szaleje burza a ja sam z rybą, która przeraża swą siłą. Zadzwoniłem do Kuby po raz drugi ponieważ jednym sensownym rozwiązaniem było rwanie żyłki. Mówię, że to raczej koniec naświetlając sytuację. Gruby jednak mówi , że mam szanse dopóki piłka w grze… Powiedział, że kolejny raz mam zadzwonić jak ryba będzie na brzegu. Ma rację – pomyślałem. Deszcz i wiatr jakość wytrzymam byle by mnie ten piorun nie usmażył. Oszacowałem, że mam jakiś kwadrans, może 20 minut, jeśli Wisła odrobinę spowolni żywioł, do uderzenia chmury czołowej. Jest odrobinę czasu ale muszę jednocześnie zadbać o własne bezpieczeństwo i wymyślić jak kontynuować hol. Była tylko jedna możliwość. Zdjąłem buty, spodnie i skarpety. Wyjąłem telefon i dokumenty z kieszeni i ruszyłem w stronę ryby, wodą. Z mozołem pokonywałem kolejne metry upewniając się, że kolejny krok nie będzie zdradziecki. Pod nogami czułem warstwę mułu i zatopione konary. Wolałbym piach ale nie czas na marudzenie. W jednej ręce wędka w drugiej kij, którym sprawdzałem grunt. Krok po kroku zbliżam się do ryby. Minąłem powoli rząd wierzb. Byłem skupiony na stawianiu kolejnych kroków jednocześnie kontrolując naciąg żyłki. Ryba ani drgnęła przez cały czas. Albo tkwi w jamie albo poszła w zawadę i nie ma jej już nawet na haku. Czuję jak zimny wiatr uderza we mnie i rząd wierzb. Sypnęło gałęziami a grube, zimne krople deszczu spadały mi na plecy. Na szczęście minąłem już wierzby i miałem je jakieś 15 metrów za sobą. W tej chwili były one naturalnym piorunochronem a to pozwalało mi zachować zimną krew i odrobinę spokoju. Nagle spostrzegłem jaskrawe światło i piorun grzmotnął o ziemię po drugiej stronie Wisły. 

 

Ziemia zadrżała! Miałem zerwać żyłkę i schronić się gdzieś na brzegu. Wiedziałem, że w wodzie nie jestem bezpieczny. Huk obudził też mojego przyjaciela, który znów ruszył na środek rzeki. W tej chwili wiedziałem, że ryba wciąż jest ze mną. Poczułem się jak ta małpa z jabłkiem w ręce. Dokładnie tak samo, ja trzymałem wędkę i nie chciałem jej wypuścić. Z jednej strony szalejąca burza i strach a z drugiej instynkt łowcy. Rozsądku próżno szukać! - Nie odpuszczam! Boże dopomóż! ale nie odpuszczam. – mamrotałem. Wyszedłem z wody i kucnąłem na kamieniu trzymając wędkę w ręce. Przypomniałem sobie, że 80 metrów w górę rzeki został mój telefon i dokumenty. - Niech to szlag!! Przemokną! – zakląłem. Zakotwiczyłem wędkę. Ryba stała w miejscu i liczyłem, że tak pozostanie kilka chwil. Ruszyłem sprintem po telefon i garderobę. Założyłem spodnie i wróciłem na stanowisko. Na mój kamień, na którym czułem się ciut bezpieczniej. Burza już szalała nade mną ale deszcz nie był aż tak intensywny. Wiatr jednak miotał wierzbami, sypiąc na ziemię kolejne gałęzie. O dziwo, podholowałem rybę na jakieś 6 metrów ode mnie. Widziałem, że kładzie się na piachu na dnie i nie pozwala na dalszy hol. Wiedziałem, że z uwagi na gabaryty nie podholuję jej bliżej. Podbieranie musi nastąpić w wodzie. Wszedłem do wody i zbliżyłem się do suma. Zauważyłem, że zapięty jest za sam czubek górnej szczęki. To dlatego nie przetarł przyponu. Przynęta utkwiła poza zasięgiem jego bogatego uzębienia. Ryba na mój widok znów odjechała na 20 metrów. Wciąż jest bardzo silna. Wyskoczyłem więc na swój kamień i kontynuowałem hol. Kolejna próba podebrania jest kwestią chwili. Wchodzę do wody i mam rybę w zasięgu ręki. Daję lekkiego liścia w kark. Sum zrywa się do kolejnego odjazdu a ja znów wyskakują na swój kamień. Zrobiło się całkiem ciemno chociaż jeszcze nie powinno. Tylko pioruny rozświetlały okolicę. Zdjąłem z siebie przemoczoną koszulkę owinąłem dłoń i przystąpiłem do kolejnego podbierania. Wszedłem do wody jednocześnie przyciągając rybę do siebie. Widzę to wielkie, przebrzydłe japsko, do którego muszę teraz jednym sprawnym ruchem włożyć rękę. Muszę to zrobić tak żeby mnie nie haratnął zębami ani tkwiącą w górnej wardze, kotwicą mojej przynęty. Chwyciłem bestię za dolną szczękę. Rzuciła się do kolejnej ucieczki ale chwyt był pewny. Mam Cię bestio!!!

 

Zauważyłem, że poprzez Wisłę w moją stronę przesuwa się ściana deszczu. Wyjąłem rybę na brzeg , wyhaczyłem, zrobiłem fotkę z samowyzwalacza i postanowiłem uwolnić okaz. Trochę żałowałem, że nie będzie sesji fotograficznej i ceremonialnego mierzenia ale z szacunku do ryby nie chciałem jej męczyć na smyczy, do czasu aż burza minie. Jeszcze całus na do widzenia i ryba leniwie odpłynęła machając mi ogonem. Burzę przeczekałem bezpiecznie w samochodzie ciężko sapiąc i dysząc z emocji. Takich ryb nie łowi się codziennie na żyłkę, nieznacznie grubszą od pajęczej nici. To była prawdziwa magia! To było wędkarstwo z pasją!

środa, 2 czerwca 2021

Podbierak Robinson Smart

Johann Wolfgang von Goethe powiedział kiedyś "Kto nie idzie do przodu, ten się cofa" Każde wyjście na ryby potwierdza, że te słowa są aktualne i dotyczą wędkarstwa jak każdej dziedziny życia. To co sprawdzało się nad wodą jeszcze wczoraj, dziś może okazać się nieskuteczne. Metody, które wczoraj dawały ryby dziś są powodem powrotu o kiju.

Podbierak Robinson Smart

Za każdym razem trzeba dostosować się do panujących warunków i sytuacji nad wodą. W zeszłym roku niski poziom wody pozwalał na wybór dogodnych miejscówek i łowienia krótkimi kijami w tym roku podwyższony stan zmusił do używania dłuższych kijów. Dłuższe kije z kolei sprawiły, że musiałem poszukać dłuższego podbieraka.

Zimą natrafiłem na krótki opis podbieraka Robinson Smart, podbierak wydał się na tyle interesujący, że pozostał w pamięci. Wiosną kiedy szukałem nowego podbieraka przypomniałem sobie ten opis i odszukałem go w internecie. Po kilku dniach otworzyłem drzwi a w nich stał kurier z przesyłką.

Lekki i poręczny
Szybko odebrałem paczkę i rozpakowałem podbierak. Pierwsze na co zwróciłem uwagę to jego waga. Mimo długości trzech metrów jest o wiele lżejszy od aluminiowych dwumetrowych. Wszystko zasługa użytego materiału. Zarówno sztyca jak i rama wykonane są z węgla. Rozłożonym podbierakiem bez najmniejszego wysiłku można operować jedną ręką a to bardzo ułatwia podebranie ryby gdy łowimy w pojedynkę.

Sztyca podbieraka jest teleskopowa, dzięki czemu można złożyć go do niewielkich rozmiarów co ułatwia transport. Po złożeniu sztycy ostatni segment wciskany jest na coś w rodzaju piankowego pierścienia. Dzięki temu podbierak nie rozłoży nam się podczas transportu czy w chwili kiedy tego nie chcemy. 

największy segment wciskany w pierścień

W tym momencie podbierak wyglądem jak i w użytkowaniu niczym nie różni się od krótkich podbieraków spinningowo-muchowych. Ma gumowaną siatkę co znacznie ułatwia wyjęcie haków w razie gdyby podebrana ryba zaczepiła przynętę o siatkę. W dodatku taka siatka bardzo szybko schnie i nie śmierdzi.

Zawsze pod ręką

Idealny podbierak na spinningowe wyprawy

Mimo iż kupiłem podbierak z myślą o łowieniu spławikowym szybko stał się podstawowym ekwipunkiem na spinningowe wyprawy. Mocowany na klips magnetyczny zawsze jest pod ręką. W przypadku kiedy łowię z wysokiej burty czy szerokiego pasa zalanej roślinności szybko mogę go rozłożyć i sięgnąć po rybę co w przypadku krótkich podbieraków typowo spinningowych nie było możliwe. Myślę, że ten podbierak będzie wielkim atutem w przypadku tzw street fishingu i łowienia w mieście gdzie są wysokie betonowe brzegi czy wędkowania w portach.

Rama o wymiarach 50 na 40cm pozwala na skuteczne lądowanie ryb o długości nawet 80cm to wszystko sprawia, że podbierak jest niezwykle uniwersalnym narzędziem, które sprawdzi się przy łowieniu różnymi metodami od spławika przez grunt do spinningu. 

Uniwersalny podbierak

 

czwartek, 21 stycznia 2021

Microlarvae Chruścik Widelnica Jętka

Mniej więcej rok temu opisałem swoje początki z bardzo lekkim spinningiem. Miałem wtedy kij o ciężarze wyrzutu 1-6g i długości 212cm. Przynętami, które wtedy przypadły mi i rybom do gustu były Nanomastery w kolorze Goldfish, Micromastery tej samej barwy oraz Minimastery w kolorze Smoke& Pepper. Wszystkie od Fishchaser.

 

Jak mawiają kto nie idzie do przodu ten się cofa. Nie chciałem się cofnąć po pierwszym roku z lekkim spinningiem, musiałem iść do przodu. Mój arsenał zasilił nowy kij 230cm 0,5-5g cw. Do tego chciałem spróbować nowych przynęt. Dotychczas ograniczałem się do przynęt imitujących narybek. Na szczęście oferta w sklepie fishchaser.pl jest bogata i mogłem zaopatrzyć się w przynęty, które dotychczas omijałem - czyli imitacje wszelkiego rodzaju wodnego robactwa. Same przynęty to jednak nie wszystko, przy tak małych przynętach ważny jest sposób podania i prezentacji. Dlatego aby nie przytłoczyć przynęty ołowiem kupiłem wolframowe mikro główki jigowe oraz czeburaszki.

 

Przesyłka ze sklepu fishchaser.pl

Microlarvae chruścik

 

Chruścik po kilkunastu braniach

Wczesną wiosną na mikro główkę z rozmiarem haka nr 14 nabiłem chruścika i rzuciłem do wody. Zaczął się nowy etap wędkarstwa. Do tej pory stosowałem przynęty, które pracowały nawet przy jednostajnym prowadzeniu. Teraz samo zwijanie mogłoby nie wystarczyć, trzeba było zagrać przynętą tak aby ryba się zainteresowała. Ale jak imitować ruch chruścika? Przecież tylko gramoli się na dnie. Po kilku rzutach zauważyłem prawidłowość, ryby atakowały kiedy chruścik leżał na dnie. Trzeba było zainteresować rybę, wykonać kilka delikatnych podbić i położyć na dnie. W tym momencie nieruchoma przynęta znikała w pyskach niewielkich okonków czy wzdręg. Kolejne wzdręgi i okonki meldowały się na haku, a materiał, z którego wykonana jest przynęta nie poddawał się. Dopiero po około 30 sztukach chruścik zaczął się rozpadać. Tak zapomniałem się w udawaniu chruścika, że tego dnia nie zdążyłem wypróbować innych przynęt.

 

Okonki lubią chruścika



Microlarvae Jętka oraz Widelnica

 

Widelnica szykuje się do wylinki

Kolejny dzień to kolejne próby. Tym razem na główkę założyłem Jętkę. Zacząłem od tej samej techniki prezentacji. A więc delikatne podbicia, położenie przynęty na dnie i ewentualnie delikatne wleczenie. To wystarczyło żeby skusić agresywne okonki i wzdręgi. Tak samo było z Widelnicą.

Widelnica jest nieco dłuższa od jętki, miałem specjalne haki i główki do czeburaszki. Postanowiłem sprawdzić jak przynęta pracuje w takim zestawieniu. Rzuciłem zestaw do wody i zacząłem delikatnie poruszać szczytówką. Nagle poczułem, że przynęta odpływa w przeciwnym kierunku . Chyba z początku ani ja ani ryba nie wiedzieliśmy co się święci. Po chwili zaczęła się emocjonująca walka. Woda w zbiorniku jest czysta i szybko w toni dostrzegłem całkiem przyzwoitego okonia. Zaraz po tym okoń wylądował bezpiecznie w podbieraku. Miarka pokazała 37cm. Do rekordu zabrakło ale i tak byłem szczęśliwy.

Widelnica na czeburaszce

Zbiornik, na którym łowiłem wiosną zdominowały wzdręgi i okonie i to one były moimi najczęstszymi zdobyczami choć trafiły się pojedyncze płocie czy karasie srebrzyste a nawet lin. Jak widać smakowicie wyglądającym robaczkiem nie pogardzi żadna biała ryba.

Latem zbiornik zarósł a ja musiałem wyprowadzić się na inne wody ale o tym innym razem.

Dzień robi się coraz dłuższy i wielkimi krokami zbliża się wiosna. Lada moment lód zejdzie z łowisk i znów będę kusił wzdręgi. Póki trwa zima to dobry moment na zbrojenie się do sezonu. Jeśli ktoś szuka przynęt do ultra lekkiego spinningu to z czystym sumieniem polecam Fishchaser.

                     








poniedziałek, 18 stycznia 2021

Robinson Diaflex Perch Jig 225 cm cw 2-10g

 W wędkarstwie chodzi o to by posiedzieć nad wodą i zmierzyć się z rybą. Nie jest najważniejsze nad jaką wodą i na jaki sprzęt łowimy. Jednak z czasem i zdobywanym doświadczeniem pragniemy więcej. Więcej łowionych ryb, łowić rzadsze gatunki czy większe okazy. W pogoni za wędkarskimi sukcesami zauważamy, że w niektórych kwestiach moglibyśmy nieco zmienić swoje podejście czy poprawić sprzęt. Staramy się też poprawić komfort naszego łowienia i mieć choćby wrażenie, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy by wyeliminować błędy, które mogą pozbawić nas życiowego okazu.

Medalowy boleń

Ameryki nie odkryję jeśli napiszę, że wraz z ceną rośnie jakość sprzętu. Nie zawsze wprost proporcjonalnie ale jednak za jakość trzeba zapłacić. W swojej „karierze” wędkarskiej miałem kilkanaście kijów spinningowych. Jedne sprawowały się lepiej a inne gorzej ale ogólnie na większość z nich narzekać nie mogłem. Biorę kij za 150 zł i skutecznie na niego łowię. Niby wszystko to czego oczekujemy od wędkarstwa. Ale z czasem pojawiały się myśli. A czy nie złowiłbym więcej gdybym mógł dalej podać przynętę? Czy te ryby, które mi się spięły to nie wina wędki? Czy tym kijem wystarczająco szybko mogę zareagować na branie? Czy czasem jakichś delikatnych brań nie przegapiam? Tak w ogóle to już mnie ręka boli od machania tym ciężkim kijem.

Okoń na spinmada

Na te pytania mogła być jedna odpowiedź. Sprawdź to. Jestem na takim etapie życia i wędkarskiej kariery, że postanowiłem stać się właścicielem kija uważanego za kij wyższej półki tzw. klasy premium. Na początku sezonu w moim arsenale zawitał Robinson Diaflex Perch Jig 225 cm cw 2-10g.

Sandacz

Jak mam w zwyczaju zacznę od pierwszego wrażenia. Wrażenia wizualnego. Nie oszukujmy się wygląd kija nie jest najważniejszy jednak są tacy którzy na to patrzą. A patrząc na nowego Diaflexa można zachwycać się bardzo długo a słowa jakie krążą po głowie to piękny, stylowy, klasyczny. Brak tu jakichś bajerów i fajerwerków. Bardzo cienki czarny blank, złote omotki i czarna węglowa rękojeść robią wrażenie. To pierwszy kij, o który wędkarze mnie pytają nad wodą.

Robinson Diaflex Perch Jig 225 cm cw 2-10g

Wygląd bezpośrednio przekłada się na właściwości kija. Wspomniana węglowa rękojeść jest bardzo lekka i mocna. Przewężenie na jej środku bardzo dobrze przewodzi drgania i dzięki temu wyczujemy najdelikatniejsze skubnięcia ryb. Sam blank wykonany z High-Carbonu
o współczynniku sztywności 85 mln PSI również     

 


jest bardzo lekki i wytrzymały. Uzbrojony w przelotki Fuji K-Concept daje nam niebywale lekki okoniowy kij. Na uwagę zasługuje całkowicie odsłonięty blank przy uchwycie kołowrotka. Trzymany na nim kciuk podczas łowienia wyczuje najmniejsze drgania.

 

 

Wrażenia wizualne i budowa kija to nie wszystko. Ważna jest jego akcja. Producent zapewnia,że kij jest niebywale szybki a nawet superszybki, który pod obciążeniem przechodzi w pełną parabolę. Rzeczywistość pokrywa się z tym o czym zapewnia producent. Przy przynętach nie przekraczających deklarowanego cw pracuje kilkanaście do dwudziestu kilku centymetrów szczytowej części blanku a pod rybami większymi niż pół kilograma zaczyna pięknie coraz głębiej pracować.

Nawet medalowe rzeczne bolenie czy sandacze nie są dla niego wyzwaniem. Zapas mocy ma bardzo duży.



 

W praktyce kij okazał się świetnym wyborem. Krótki kij o niebywale lekkiej konstrukcji pozwala na wielogodzinne wędkowanie, ułatwia i umożliwia piękną prezentacje przynęty bez męczenia ręki. Dzięki takim rozwiązaniom jak przelotki o konstrukcji zapobiegającej plątaniu się linki, odkrytemu blankowi zapewniającemu czucie przynęty, dzięki starannemu wykończeniu każdego detalu mamy wrażenie a nawet pewność, że ten kij w boju nas nie zawiedzie.

Dziś mogę stwierdzić, że nie żałuję. Poradziłbym sobie nad wodą z dużo tańszym kijem ale komfort łowienia Diaflexem jest nie do opisania. A to właśnie pewności sprzętu i komfortu w pewnym momencie zaczynają szukać wędkarze.

sobota, 31 października 2020

Spinningowy kij uniwersalny do 200 zł – Robinson Toshido Spin

 "Kij uniwersalny do 200zł " takie hasło pada bardzo często w internecie. Początkujący wędkarza szukają niedrogiego kija, którym będą mogli łowić wszystkie gatunki ryb drapieżnych. Dopiero zaczynają, nie wiedza jeszcze czy wędkarstwo ich wciągnie, nie wiedzą nawet jakie gatunki żyją w ich wodach nie mówiąc o tym na jakie przynęty będą łowić. Nie można się dziwić, że chcą ograniczyć wydatki do niezbędnego minimum.
Nie tylko początkujący szukają swojego uniwersalnego kija. Doświadczeni wędkarze mimo iż mają  cały arsenał kijów również dążą do znalezienia kija uniwersalnego. Wybierając się na jeziorowe okonie zabiorą delikatną okoniówkę, wybierając się na jezioro zaporowe na sandacza wezmą szybki kij o dużo większym ciężarze wyrzutowym.



Wiem jednak, że są też tacy jak ja, którzy czasem idą na żywioł. Idą nad rzekę, obserwują wodę, wyciągają wnioski i decydują, że to będzie dzień bolenia. Ciężko to przewidzieć, jeszcze ciężej nosić ze sobą kilka kijów. Dlatego szukamy tego kija, którym będzie się komfortowo łowić klenie i jazie, który bez problemu obsłuży cięższe przynęty boleniowe czy szczupakowe a w razie potrzeby stanie się okoniówką.

Kija, którym będzie można łowić wszystkie gatunki na wszystkich wodach nie ma i nie będzie, Można jedynie tak dobrać parametry aby komfortowo łowić jak największą liczbę gatunków. Oczywiście ważne są parametry takie jak akcja czy  ugięcie jednak to w większym stopniu kwestia gustu wędkarza. Parametrem, na który kwestia gustu nie powinna mieć wpływu jest ciężar wyrzutu. Ciężar wyrzutu powinien być dobrany odpowiednio do wagi przynęt.  Doświadczeni wędkarze nie będą mieli z tym problemu. Wiedzą jakie warunki panują w ich wodach i jakich przynęt potrzebują. Z początkującymi wędkarzami jest nieco inaczej. Idąc nad wodę chcą złowić cokolwiek. Najłatwiej jest z gatunkami, których w naszych wodach jest najwięcej. Szczupak, okoń, boleń, kleń. Od tych gatunków zazwyczaj zaczyna się przygodę z wędkarstwem spinningowym. Czy te gatunki można łowić jednym kijem? Oczywiście , że tak, trzeba tylko dopasować kij do przynęt. Zazwyczaj wszyscy zaczynamy od podobnych przynęt. Gumy w rozmiarach 4-10cm, obrotówki w rozmiarach 2-3, kilkucentymetrowe woblery czy wahadłówki. Waga tych wszystkich przynęt zazwyczaj mieści się w granicach 5-20g. I taki właśnie moim zdaniem powinien być ciężar wyrzutu kija pod takie przynęty.
 
W grudniu zeszłego roku na targach miałem okazję zobaczyć kij Robinson Toshido Spin 6-20g 270cm. Zrobił na mnie duże wrażenie i stwierdziłem, że muszę go mieć. Przez zamieszanie z wirusem musiałem trochę poczekać ale w końcu się doczekałem. Wyglądał dokładnie tak jakim go zapamiętałem. Czarny blank z błękitnymi wstawkami, wygląd dopracowany w każdym detalu, idealnie ustawione, przelotki precyzyjnie polakierowane. Na testy w boju nie musiałem długo czekać, od razu pojechał na Wisłę a później Bug. Na początek stosowałem różna przynęty by zobaczyć jak ładuje się pod różnymi gramaturami i jaki będzie zasięg rzutów.
Wniosek mógł być tylko jeden. Wartości cw podane na kiju były zgodne z moimi spostrzeżeniami. Kij najlepiej radził sobie z przynętami o gramaturach w granicach 10-15g. Ten przedział idealnie wpasuje się w podstawowe przynęty początkującego spinningisty. Obrotówki w rozmiarze 3 średnio ważą około 10g, wahadła takie jak Robinson Basic czy Alga 1 lub Mors, jak również gumy na główkach 6-10g.
To co mnie pozytywnie zaskoczyło to, że przynęty o wadze poniżej 6g również latają na odległości, które mnie zupełnie zadowalają. Skoro mogę posłać Easy Shinera 5cm na główce 2g na dziesiątki metrów, skoro malutka 2g obrotówka Lukris Mini leci na 20 metrów to spokojnie mogę łowi kijem klenie, jazie czy okonie.

Kij uniwerslany
Toshido kij uniwersalny

Toshido Spin przy długości 2,7m i cw 6-20g spokojnie mi wystarczy do komfortowego łowienia podstawowych pięciu gatunków ryb drapieżnych. Do tego można bez problemu wybrać się z nim na sandacze z woblerem. To czego nie obsłuży to łowienie sumów i sandaczy z rynien z wartkim nurtem gdzie stosuje się główki ważące więcej niż 20g. Jednak nie znam wędkarza który by zaczynał przygodę ze spinningiem od takiego łowienia.

Jak wspomniałem większość wędkarzy swoją przygodę ze spinningiem zaczyna od szczupaka i okonia a ten kij będzie idealnym kompromisem.




wtorek, 29 września 2020

Letnie przelewy

 
Sierpień i wrzesień na Wiśle oznacza zazwyczaj bardzo niski stan wody. Zwłaszcza ostatnimi laty susza bardziej daje się we znaki. Trzeba było się dostosować do takich warunków i nauczyć się w nich skutecznie łowić ryby.

Jaź na obrotówkę

Płytka woda szybko się nagrzewa, pozbawiona tlenu odbiera rybom ochotę na żerowanie. Są jednak miejsca na rzekach, które są lepiej natlenione. Przelewy są idealnym przykładem. A im szersze przelewy tym lepsze. Wartki nurt sprawia, że woda się tak nie nagrzewa i przy okazji jest lepiej natleniona. To w ich sąsiedztwie można liczyć na żerujące ryby. Nawet na płytkich przelewach, takich, na których jest 15-20cm wody można spotkać praktycznie wszystkie rzeczne drapieżniki. Dominują klenie, jazie i bolenie ale przyłowem są szczupaki, brzany, okonie, sandacze a nawet świnki.

Boleń z przelewu

Płytka woda ma swoje minusy. Po pierwsze łatwo o zaczepy i trzeba stosować przynęty bardzo płytko pracujące. Po drugie ryby bardzo łatwo spłoszyć dlatego ważny jest daleki zasięg rzutów. Jaka przynęta jest lotna i można ją prowadzić tuż pod powierzchnią? Moim zdaniem idealnie w te wymagania wpisuje się obrotówka. W tym roku używałem obrotówek praktycznie tylko dwóch firm Robinson, tu zamiennie Tiger i Scale oraz Jaxon Wolf i Lukris Mini. Co ważne stosuję obrotówki ze skrzydełkiem typu "comet". Ich praca charakteryzuje się większym kątem nachylenia w stosunku do osi. Ma to dwie zalety, można je płycej prowadzić i są mniej podatne na zaczepy. Skrzydełko uderzając, na przykład, w kamień momentalnie podbija obrotówkę do góry przez co nie trafia w niego kotwiczką

Takie przelewy warto obłowić

Zasięg rzutów oraz płytkie prowadzenie przynęty można poprawić odpowiednim kijem. Ciężar wyrzutu oczywiście w granicach wagi stosowanych przynęt, jednak równie ważna może okazać się długość kija. Zazwyczaj wybierałem Robinson City Liner Perch 3-15g 270cm. Trzymając wysoko szczytówkę, obrotówkę można tak poprowadzić, że smuży powierzchnię wody. Czasem kiedy nad przelewem wiszą drzewa trzeba zrezygnować z długości aby móc bezproblemowo operować kijem.

Przelewowy kleń

Kołowrotek oczywiście z pełną szpulą. A na szpuli plecionka. Dlaczego plecionka? Jak wspomniałem przelewy to zaczepy. Na nierozciągliwej plecionce mamy lepszy kontakt z przynętą i możemy odpowiednio szybko zareagować przy jej prowadzeniu. Łatwiej też zapanować nad rybą, bo nie ma nic gorszego niż dać kleniowi możliwość wejść w kamienie. Plecionki również zwiększają zasięg rzutu. W moim przypadku na kołowrotku Marshall mam plecionkę Phantom Green Spin 0,08mm.

Okoń o zachodzie słońca

Wielu wędkarzy widząc przelew ogranicza się do rzucania przed nim a najczęściej w warkocz za nim. Tam oczywiście też są ryby, ale te najłatwiejsze do złowienia są na przelewie. To nic, że woda ma tam 20cm głębokości. Wystarczy, że w pobliżu jest dołek, w którym ryba może bezpiecznie się skryć a będzie wychodziła na żer właśnie na ten przelew. Ustawi się za kamieniem lub w niewielkim zagłębieniu i będzie czekać nie nieostrożną drobnicę. W wartkim nurcie wszystko dzieje się szybko więc zwykle ostrożny kleń nie będzie się przyglądał, szybko reaguje uderzeniem. A na płytkiej wodzie takie branie potrafi być bardzo widowiskowe i podnieść adrenalinę. Do przelewu można podejść na wiele sposobów. Najprostszym jest stanąć po prostu na wysokości przelewu. Rzucić obrotówkę powyżej przelewu, unieść szczytówkę tak aby naprężyć plecionkę. Obrotówka na naprężonej plecionce spływając z nurtem będzie pracować, można oczywiście korygować pracę zwijając trochę linki. Taka spływająca obrotówka z prądem wystarczy żeby skusić do ataku czające się tam drapieżniki.

C&R Kleń wraca do domu

Choćby zastosować wszystkie możliwe środki ograniczające zaczepy to jednak zaczepu uniknąć się nie uda. Co wtedy? Są dwa wyjścia. Po płytkim przelewie można oczywiście wejść po przynętę. Przynęta uratowana ale niestety ryby na kilkadziesiąt minut wypłoszone. Jeśli przelew moim zdaniem wystarczająco obłowiłem i czas ruszać dalej to oczywiście wchodzę po przynętę. Ale jeśli jest to mój drugi rzut i od razu zaczep? Wtedy po prostu zrywam szybko przynętę mając w pamięci miejsce, w którym została. Po obłowieniu przelewu idę w to miejsce. Zazwyczaj błyszcząca obrotówka jest łatwa do namierzenia.

 

Mimo iż na przelewach z bratem łowię od kilkunastu lat z każdym wyjściem taki przelew potrafi zaskoczyć. Ale o tym najlepiej przekonać się na własnej skórze.

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Plecionka Robinson Phantom Green Spin

 

Przerobiłem już kilka plecionek od Sufix poprzez Power Pro do Nihonto Octa Braid. Wiosną 2015 na swoje kołowrotki nawinąłem trzy szpule plecionki Robinson  Phantom Green Spin. Nie lubię się ograniczać i szufladkować więc mimo jasnego przekazu producenta, że to plecionka spinningowa używałem jej zarówno do spinningu jak i gruntu. 

Robinson Phantom Green Spin

Producent informuje, że dzięki procesowi wstępnego naciągu początkowa średnica plecionki ulega zmniejszeniu, zachowując przy tym w 100-procentach parametry wytrzymałościowe pierwotnej grubości. Dodatkowo tak jak we wspomnianej Power Pro plecionka wykonana jest włókien Spectra wykonanych w USA

Jedna z nich o największej średnicy 0,15mm i 14,35kg uciągu trafiła na kołowrotek przeznaczony do wiślanego gruntu. Miała służyć do zadań specjalnych. Do łowienia wiślanych ryb w trudnych warunkach. Brzan czy niewielkich sumów w kamieniach czy zatopionych drzewach.

Kolejna 0,10mm i 8,05kg trafiła na kołowrotek do cięższego spinningu. 

Trzecia o średnicy 0,08mm i 5,90kg przeznaczona do lżejszego spinningu i gruntu.

 

Pierwsze informacje na temat plecionki uzyskujemy już po nawinięciu na kołowrotek. Podczas nawijania na rękawicy i przelotkach pozostało trochę farby. Jednak nie spotkałem się dotychczas z barwioną plecionką po nawijaniu, której farba by nie została. Tutaj ta ilość jest naprawdę niewielka. Drugie spostrzeżenie nasuwa się po nawoju na kołowrotku. Zależy on w głównej mierze od kołowrotka ale także od miękkości i przekroju plecionki. Tutaj nawój jest bardzo równy co świadczy o tym, że przekrój jest zbliżony do okrągłego. Celowo piszę zbliżony bo idealnie okrągły nie jest. Zauważyłem to dopiero przy łowieniu feederem. Po zarzuceniu i naciągnięciu plecionki przy odpowiednim kącie padania promieni słonecznych można zauważyć, że plecionka jest raz ciemniejsza raz jaśniejsza co świadczy o tym, że skręcona odbija światło w różnych kierunkach, przy idealnie okrągłej średnicy nie miało by to miejsca.


Przyszedł czas na testy nad wodą. 

Plecionka bardzo ładnie schodzi z kołowrotka przy rzutach. Dzięki miękkości i niemalże okrągłemu przekrojowi możemy osiągać dalekie rzuty. Co dla wielu wędkarzy jest ważne plecionka jest bardzo cicha. Szum na przelotkach nie jest uciążliwy. Natomiast dzięki bardzo niskiej rozciągliwości można wyczuć najmniejsze pstryknięcia podczas spinningowania i odpowiednio szybko skwitować zacięciem. Dodatkowo ładnie i szybko przenosi branie na szczytówkę wędki gruntowej.

Po niemalże całym sezonie wiślanego łowienia na różne średnice tej plecionki można wyciągnąć więcej wniosków. Plecionka bardzo powoli traci kolor. Nie schodzi on pod wpływem czynników atmosferycznych takich jak deszcz czy słońce. Niewielkie zmiany w kolorze są widoczne jedynie w końcowym odcinku plecionki, który ma styczność z dnem. Linka jest bardzo mocna i wytrzymała. Nie robiłem testu z odważnikami więc nie jestem w stanie stwierdzić czy deklarowany uciąg jest zgodny z podanym przez producenta.

Miałem okazję przetestować plecionkę w temperaturach lekko poniżej 0. Plecionka zdała egzamin. Sztywnienie zauważyłem tylko na samej końcówce tam gdzie była najbardziej zużyta. Po odcięciu dwóch metrów plecionki mogłem komfortowo łowić.

Po sezonie stwierdziłem, że warto zaufać tej plecionce i nabyłem kolejne szpule. W tym średnicę 0,06 do lekkiego spinningu. Po 5 latach nadal jestem wierny tej plecionce. W sezonie 2020 łowiłem na plecionkę tej średnicy na Wiśle i Bugu medalowe bolenie i sandacze. Plecionka bez problemów dała radę.

Uważam, ze w tej cenie jest to świetny wybór. Mamy do dyspozycji 8 różnych średnic i wytrzymałości. Każdy znajdzie coś dla siebie.