czwartek, 12 marca 2020

Klenie i jazie z rzek – Mateusz stawia pytania

Gdy na drzewach pierwsze bazie – czas na klenie i na jazie” – Powiedzenie stare jak świat i znane niemal każdemu wędkarzowi. Ile jednak jest w nim prawdy? Grunt, spławik a może spinning? Kiedy głęboko a kiedy płytko? W nurcie czy na spokojnej wodzie? Na te i kilka innych pytań odpowiem Wam poniżej, dzieląc się doświadczeniami ostatnich lat.
Marcowy kleń
Kleń – wymagający cwaniak czy wszystkożerny kluch? Pierwsze pytanie i już nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wielu wędkarzy nie myli się ani o detal twierdząc, że kleń jest rybą bardzo płochliwą i ostrożną ale przecież 100% racji ma ten, który widzi klenia jako wszystkożerną rybę gotową zdradzić się za ziarno kukurydzy. W mojej ocenie, kleń jest rybą relatywnie prostą do przechytrzenia, którą możemy skutecznie łowić nie mając wielkiego doświadczenia. Trzeba jednak przestrzegać kilku istotnych zasad. Troszkę trudniej jest w przypadku jazia chociaż oba gatunki mają wiele cech wspólnych.

Kiedy na klenie i jazie? To pytanie zalewa fora i portale wędkarskie od lat. Oczywiście oba te gatunki można skutecznie łowić przez cały rok. Zwróćmy jednak uwagę jak dużo poświęca się miejsca w czasopismach wędkarskich, tym rybom, w okresie wczesnowiosennym. Wpisując w Google frazę „wiosenne klenie” otrzymamy całą masę podpowiedzi typu: „wiosenne klenie na spinning”, „woblery na wiosenne klenie”, „wiosenne klenie na groch”, „wiosenne jazie i klenie”, „przynęty na wiosenne klenie” etc. To wszystko mocno sugeruje, że jest to najlepszy okres na łowienie tych dwóch gatunków. Ale wcale nie jest to prawdą. Myślę, że ogromną rolę w lobbowaniu wiosennych jazi i kleni pełni fakt trwania okresu ochronnego na wiele innych gatunków ryb. Wówczas, nie wolno jeszcze łowić szczupaka, bolenia, suma, sandacza czy brzany. Myślę, że to właśnie ten aspekt nadaje sensu powiedzeniu, które rozpoczyna ten artykuł. Jeśli chodzi o intensywność brań jest już z goła inaczej. Oczywiście ryby te na przedwiośniu przejawiają już aktywność i wielu wędkarzy skutecznie je łowi. Specjaliści łowią je nawet zimą. Najlepszymi jednak miesiącami są koniec maja i czerwiec. Lipiec i sierpień szczególnie w mocno upalne dni nieco zmniejsza intensywność gdyż ryby te mają dość duże wymagania tlenowe. Wrzesień znów jest bardzo dobrym miesiącem a każdy kolejny, to stopniowy spadek intensywności brań.

Gdzie szukać? Klenia bardzo łatwo jest zlokalizować. Wiosną wybierze niezbyt głębokie blaty stroniące od silnego uciągu, warto obłowić wszelkie zakola ze wstecznym nurtem. Rewelacyjnie jeśli na dnie będą duże kamienie lub jakieś podwodne przeszkody, za którymi kleń lubi się skryć. Jest jeszcze dość leniwy i nie będzie się zmagał z wartkim nurtem. W podobnym miejscu ustawi się jaź chociaż zauważyłem pewną różnicę na średnich i mniejszych rzekach. Tutaj kleń trzymał się raczej zakrętów a jaź często wybierał prostki z jednostajnym niezbyt silnym nurtem. Im cieplej tym klenie przesuwają się w bardziej wartkie odcinki rzek. W lecie bankówkami są kamieniste rafy, przerwane opaski czy główki. Łowienie w takim miejscu to niemal gwarant sukcesu. Warunkiem jest cisza i ostrożność w podchodzeniu na miejscówkę. Bardzo często z takiego miejsca łowię kilka a nawet kilkanaście kleni w pierwszych rzutach a potem następuje cisza. Ryby płoszą się i schodzą do głębokiej rynny, która niemal zawsze sąsiaduje z przerwaną opaską lub główką. Jazie natomiast, w letnie dni łowię na krawędzi nurtu i spokojnej wody. Są bardzo aktywne pod wiszącymi gałęziami wierzby, z których do wody wpadają owady. O ile klenie świetnie biorą na napływie na rafę lub zalaną opaskę o tyle jazie ustawiają się już za, na prostce z jednostajnym spokojnym nurtem. W obu przypadkach mocno sprzyja kamieniste dno. Jesienią oba gatunki wybierają podobne miejscówki i będą to nieco głębsze rynny ze spokojnie płynącą wodą.
 
Grunt, spławik czy spinning? Prawie nigdy nie łowię w rzekach na spławik ale jest to skuteczna metoda szczególnie na wiosnę. Tak jak wspominałem ryby wtedy wybierają miejsca o leniwym nurcie więc przepływanka się sprawdza znakomicie. Ja jednak wiosną wybieram lekki feeder lub najlepiej picker. Łowię lekko i delikatnie. Ryby biorą jeszcze bardzo ostrożnie i żerują głównie przy dnie dlatego ta metoda sprawdza się znacznie lepiej niż spinning. Jeśli chodzi o miesiące letnie to łowię je już tylko na spinning. Wynika to głównie z warunków bytowania klenia w tych miesiącach. Łowienie z gruntu na kamienistych rafach może prowadzić do ubytków w pudełku z haczykami a następnie do frustracji.
kleń z kamienistej rafy
Jakie przynęty gruntowe? Jestem zwolennikiem łowienia na wszelkie robaki, najlepsze efekty mam na rosówki, dendrobenę i pijawki, dobrze ale bez rewelacji sprawdza się biały robal. Rzadziej łowię na kukurydzę czy groch chociaż na jazie i klenie to dobra przynęta. Jednak ja niemal nie stosuję wiosną nęcenia a łowiąc na te przynęty warto przygotować łowisko. Znam wędkarzy, którzy na przedwiośniu skutecznie łowią ładne kluchy na skórkę od chleba.
 
Jakie przynęty na spinning? Wiosną to raczej drobne woblerki ewentualnie gumki prowadzone z nurtem i powoli. Jednak tak jak wspomniałem, ze spinningiem na klenie ruszam głównie latem a wtedy nic nie działa lepiej niż wirówka. To jest killer na klenie. Niewielka o numerze 1 lub 2. Biała, biało-czerwona, lub czarno-żółta. Świetnie się prowadzi po płytkich rafach. Praktycznie nie notuję zaczepów w odróżnieniu do woblera czy główki jigowej. Ryby uderzają bardzo agresywnie. Tak agresywnie, że łokieć boli i nie ma absolutnie konieczności docinania.

Znaczenie klenia i jazia w wędkarskie? Są to gatunki o niewielkich walorach smakowych i myślę, że właśnie dlatego wciąż dość licznie występują w polskich rzekach. Szczególnie kleń uchodzi dziś za rybę sportową i budzi duże zainteresowanie. Dowodem na to są wszelkiego rodzaju zawody spinningowe typu „Kleń Bzury” czy „Kleń Nidy”. Idźmy z duchem czasu i promujmy wędkarstwo jako sport i relaks!

środa, 11 marca 2020

Robinson City Liner Perch Jig


Polubiłem spinningowanie wędkami o cw do 15g. Ciężar wyrzutu pozawala na dłubanie okoni niewielkimi przynętami a przecież na przynęty do 15g można łowić nie tylko okonie. Przynęty o tej wadze skutecznie wabią wymiarowe bolenie czy szczupaki nie wspominając o kleniach czy jaziach. Przy umiejętnym wykorzystaniu właściwości kija można te ryby w krótkim czasie spokojnie holować do podbieraka. Dlatego zawsze kij o takich parametrach wożę ze sobą w samochodzie. Nigdy nie wiadomo kiedy natrafię na ciekawą wodę i kiedy może się przydać
DSC_0212.JPG
Tak się niefortunnie złożyło, że jakaś nieuważna osoba, tak zamknęła klapę mojego samochodu, że złamała moją ulubienicę Sashimę 229cm 3-15g. Sashima pojechała do serwisu a ja w tym czasie potrzebowałem kija na zastępstwo.
Wiosną na targach wędkarskich w Warszawie upatrzyłem sobie ciekawy kij. Wiedziałem, że prędzej czy później muszę go mieć a taka okazja nie mogła przejść mi koło nosa.
Kilka dni po wysłaniu Sashimy, byłem już posiadaczem kija Robinson City Liner Perch Jig 270cm 3-15g. Na początek podpiąłem pod niego kołowrotek Dual MG i z takim zestawem przez kilka dni oddawałem się przyjemności łowienia okoni w jeziorze Ińsko. Kij bez wysiłku podawał 5 centymetrowe twistery Wasabi na główce 4g, Woblery Dorado Classic 7m czy Poppera Strike Pro Gobi. Kij jest bardzo czuły, wklejana szczytówka pokazywała najdrobniejsze skubnięcia. Idealnie widoczna była praca woblera i każde jego nienaturalne zachowanie. Przy łowieniu okoni sprawdziła się bezbłędnie.
DSC_0204.JPG
DSC_0029.JPG
Jednak prawdziwe testy kije przechodzą nie na jeziorowych okoniach ale na rzekach jak Bug czy Wisła. W poszukiwaniu rzecznych boleni używam zazwyczaj woblerów Strike Pro Montero zaś do szczupaków Piglet Shad. To właśnie przy przynętach o gramaturze w przedziale 7-13 gram kij najlepiej się ładuje.
68810230_1167213270141401_3844820466720047104_n.jpg
Na rzeki pod kij podpiąłem nowego Marshalla i bez problemu sięgałem miejsc gdzie najczęściej uderzały bolenie, nawet kilka udało się skusić do ataku a później skutecznie wyholować. Walka z wymiarowym boleniem w nurcie Wisły daje wiele emocji i frajdy, bolenie potrafią ładnie odjechać z nurtem. A uderzenie w przynętę czuć w ramieniu. Na szczęście kij ma zapas mocy i nie trzeba boleni czy szczupaków męczyć wielominutowymi holami.
DSC_0424.JPG
Oprócz niewątpliwie najważniejszych walorów użytkowych kij jest bardzo ładnie i dokładnie wykonany. Pięknie wykończone omotki , brak nadlewek lakieru. Uchwyt kołowrotka firmy Fuji trzyma mocno i jest wygodny w użyciu. Do kompletu dopasowane są przelotki SIC typu k-koncept. Pierwsza z nich jest na przedłużonych stopkach sprawia, że rzuty są jeszcze odleglejsze. Kij wykonany w technologii Nano Core z High Carbonu o współczynniku sztywności do 70 mln PSI.
Dzięki temu kij o długości 270cm waży zaledwie 138g. Jest lekki i nie męczy rąk przy wielogodzinnych wyprawach.

wtorek, 10 marca 2020

Początki spinningu z ultra lekkim zestawem

Przygodę ze spinningiem zaczynałem od kija o ciężarze wyrzutu do 40g. Polecił mi go sprzedawca w bazarowym sklepiku. Miał służyć do łowienia boleni i szczupaków. Początki spinningowe były dla mnie zbyt trudne i skończył jako kij uniwersalny spławikowo gruntowy. Po latach przerwy od spinningu dostałem kij, który był cieniutki i leciutki, wydawał się zbyt delikatny na łowienie ryb których waga przekraczałaby wtedy jeszcze magiczny dla mnie 1 kilogram. Był to kij Robinson Dynamic HS, którego górna granica ciężaru wyrzutu to 15g.. Jak się z czasem okazało ten kij jest w stanie wytrzymać o wiele większe okazy niż przypuszczałem. Kij do tej pory zajmuje zaszczytne miejsce wśród moich wędek i często jest w użyciu . Ale to nie okazy były powodem, dla którego szukałem nowego kija. To jedna z podstaw wędkarstwa chęć do łowienia coraz większej ilości gatunków, na różne przynęty i w różnych miejscach. Zapragnąłem mieć jeszcze delikatniejszy kij specjalnie pod okonie.
Do niedawna kijem o najmniejszym ciężarze wyrzutu jaki posiadałem był Robinson Kinetik Perch 1-8g. Leciutka witka pracująca pod najmniejszym okoniem i dostarczająca mnóstwo wrażeń. Przez dwa lata miałem dużo zabawy. Ale przecież okonie to typowe drapieżniki, które biorą nawet na większe przynęty. Co innego wzdręgi. Te nie często uderzą w wobler 4cm czy obrotówkę o nr 2. Dla nich potrzeba mniejszych przynęt – micro jigów. Pod takie przynęty przydaje się jeszcze delikatniejszy kij. Na 2019 rok Robinson wprowadził do swojej oferty serię River Master. Znalazł się tam kij Perch Spin 212cm 1-6g. Postanowiłem szybko stać się jego właścicielem. Do kompletu wziąłem kołowrotek Robinson Perfect w najmniejszym rozmiarze a więc FD 209. Na szpulę główną nawinąłem żyłkę Nano Core 0,162 mm
65058503_1571955766272824_2653080549475745792_n.jpg
Zestaw UL

Z tak złożonym zestawem wybrałem się nad starą zalaną kopalnię piachu. Wiedziałem, że są tam okonie i wzdręgi a więc to czego szukałem. Pierwsze rzuty gramowymi microjigami na odległość więcej niż zadowalającą. Nie musiałem wysilać się przy rzutach a sięgałem miejsc blisko trzcin gdzie spodziewałem się pasiaków i krasnopiórek. Już w pierwszych rzutach czułem skubanie przynęty. Musiałem się chwilę wczuć i zaraz pierwszy hol na wędce. Jako pierwszy zameldował się niewielki pasiak.
DSC_0968.JPG
Kolejne rzuty i kolejne ryby, wzdręgi i okonie brały jak szalone. Kilka sztuk i zmiana miejsca, kilka sztuk i tak dalej i tak dalej, aż do brania szczupaka i obcinki. Moje pierwsze wzdręgi już na pierwszej wyprawie. Radość nie do opisania.
DSC_0969.JPG
DSC_0967.JPG
wzdręga na microjiga

DSC_0965.JPG
Wielu wędkarzy goni za wielkimi sztukami, wielkie jak krokodyle szczupaki czy wielkości smoka sandacze. Oczywiście ma to swój sens a nawet urok ale nic nie przebije łowienia lekkim zestawem na mikro przynęty. Można „odkrywać” nowe spinningowe gatunki. Można łowić w miejscach, w których topornym zestawem dawno wszystko byśmy wypłoszyli. Można odkryć wędkarstwo spinningowe na nowo.
65303914_2886530341571446_6062195932844261376_n.jpg
okoń na obrotówkę "0"

Jeśli ktokolwiek ma chęć spróbować delikatnego lekkiego łowienia to szczerze polecam. Nie ma co się wahać trzeba działać. Na kijach o cw do 6g już ryby do 25cm dostarczają wiele emocji i frajdy a przecież o to chodzi w wędkarstwie.

piątek, 21 lutego 2020

Spinningowe zawody wędkarskie Kleń Nidy 2019 - relacja

Spinningowe zawody wędkarskie Kleń Nidy 2019 - relacja

Od dłuższego czasu chodziła mi po głowie myśl by sprawdzić swój spinningowy kunszt na mniejszej rzece. Przecież polskie, niewielkie rzeki oprócz tego, że są naturalne i piękne, kryją w swych wodach prawdziwe wędkarskie skarby. Mała czysta rzeka wymusza na wędkarzu delikatne łowienie, mniejsze przynęty, cierpliwość i wręcz niewidzialność. Kto łowił w czystej, małej wodzie doskonale wie, że odpowiedni ubiór, sprzęt i akcesoria są bardzo pomocne o ile nie konieczne.

Gdy w Internecie pojawiła się informacja o organizowanych zawodach spinningowych na rzece Nidzie nie mogłem tego przegapić. Po pierwsze, to doskonała okazja żeby sprawdzić siebie, po drugie sprzęt, po kolejne, by zmierzyć się z nieznaną rzeką o naturalnym i malowniczym biegu i wreszcie zmierzyć się z setką uczestników. Sam fakt stanięcia w szranki ze specjalistami z niemal całego kraju i miejscowymi wyjadaczami był mocno ekscytujący.


Team Wędkarstwo z Pasją

Jeśli coś robię to zawsze na sto procent. Bez zawahania skompletowałem ekipę, z którą chciałem spędzić ten weekend w dolinie Nidy. Nie mogło zabraknąć mojego brata Mateusza oraz stałych kompanów od zadań specjalnych: Wiktora i Franka. Dobierając sprzęt postawiłem na Robinsona, który nigdy mnie nie zawodził. Ruszyliśmy nad wodę w przeddzień imprezy by odrobinę poznać rzekę, na odcinku, na którym będzie się odbywać impreza. To wcale niemały odcinek gdyż uczestnicy będą mieli do dyspozycji po kilkadziesiąt kilometrów linii brzegowej rzeki i to po obu jej stronach. Nad wodą zameldowaliśmy się nieco po południu, gdzieś po środku interesującego nas odcinka. Naprawdę przepiękne miejsce, przyroda zachwycała wdziękami.

Malownicze łąki, na których swoją stołówkę miały sarny, zające, bażanty i wiele innej dzikiej zwierzyny potrafiły zachwycić nie tylko miłośnika przyrody. Cały wieczór poświęciliśmy na rozpoznanie rzeki. Badaliśmy uciąg, głębokość, przejrzystość, próbowaliśmy określić gdzie żeruje interesująca nas ryba. Pieszo zwiedziliśmy kilka kilometrów linii brzegowej aby wyciągnąć jak najtrafniejsze wnioski przed zawodami.
Wieczór, to już tylko relaks przy ognisku i ustalanie taktyki na zawody. Zachód słońca nad Nidą, widziany na żywo, jest wręcz nie do opisania więc ułatwię sobie dodając kilka zdjęć.



Ciepło ogniska, szmer wody i pohukiwanie sowy skutecznie kołysało mnie do snu po długiej podróży. Oznajmiłem chłopakom, że idę do namiotu na zasłużony odpoczynek sugerując im to samo. Gdzie tam, Wiktor i Mateusz ani myśleli ruszyć tyłki sprzed ogniska. Tylko jeden przez drugiego zachwycali się chwilą. Mateusz nawet zarządził, że on to śpi na karimacie przy dogasającym ognisku, słuchając rzeki. Był przekonany, że Nida mu wszystko o sobie opowie jeśli tylko z nią nawiąże więź, jeśli tylko się z nią „prześpi”.

Dzwonki zsynchronizowanych budzików zerwały całą czwórkę na równe nogi. Zebraliśmy co konieczne i w składzie ja, Mateusz i Wiktor zameldowaliśmy się na otwarciu imprezy. Tak jak sądziłem zaczęło się i z przytupem i swojsko bo smalec z ogórkiem na śniadanie, po nocy w namiocie, smakował wyśmienicie. Otrzymaliśmy numery startowe i upominki od organizatorów. Kilka zdjęć z całą ekipą, przypomnienie regulaminu i uczestnicy z wypiekami na twarzach czekali na gwizdek. Wybiła 8:00 i sznur samochodów ruszył wartko z parkingu. Zawody czas start!

Łowienie rozpoczęliśmy w miejscu noclegu od dłubania okoni na ostrym zakręcie rzeki. Głęboczka pozwalała mieć nadzieję, że kryje przynajmniej kilka okoni a sąsiadujące z nią przykosy odwiedzały bolenie. Po około 20 minutach Mateusz na miarkę kładzie okonia 29 cm i tym samym wpisuje się do protokołu sędziowskiego. Dodało mi to zapału i wybrałem się pieszo wzdłuż brzegu poszukując punktowanej ryby. Diaflex Perch Jig to zwinne i lekkie wędzisko więc nie odczuwałem zmęczenia oddając kolejne rzuty. Natomiast wodery pozwalały docierać we wszystkie interesujące mnie miejsca.

Jedyny boleń zawodów Kleń Nidy 2019

Siedzi! Krótki, sprawny hol i ląduję okonia 22 cm. Są pierwsze punkty. Niestety czas upływał a woda nie chciała się otworzyć. Zadzwonił Mateusz i powiedział mi, że musimy zmienić taktykę. Oznajmił, że Wiktor i Franek zostają przy obozie a ja z nim mamy ruszyć w poszukiwaniu klenia. Nie oponowałem bo w duchu czułem to samo. W tym tempie wydłubię może jeszcze ze dwa okonie a to tak jakbym poddał się bez walki. W locie wskakuję do auta i jedziemy w górę rzeki. Google pokazują ciekawy odcinek jakieś 7 km od nas. Akcelerator przyspieszenia wbity w podłogę i połykamy kilometry w kilka chwil. Szofer bez ostrzeżenia skręcił w polną dróżkę i oznajmił, że tu będzie ryba. Naszym oczom ukazał się kolejny ostry zakręt rzeki z zalanym pniem drzewa i głęboką rynną oraz nieco dalej piękna kamienista rafa. Od razu ruszyłem w kierunku rafy chcąc obłowić warkocz. Ten był bliźniaczo podobny do tych na Wiśle podczas niżówki, na których niemal zawsze trafiałem klenie. Ponieważ zawody nosiły nazwę „Kleń Nidy” pomyślałem, że nie odpuszczę do póki nie złowię choćby jednego. Zmontowałem delikatny zestaw. Do wspomnianego Diaflex Perch Jig 2-10g zamontowałem Kołowrotek Robinson Pulsar. Nawinąłem plecionkę 0,06 Phantom Green Spin a na koniec dałem ok 70cm przypon z fluorocarbonu VDE-Robinson Team o średnicy 0,25mm, który dwa dni wcześniej przygotowałem na tę okazję. Pierwszy rzut i od razu kołowrotek zaczął grać tę piękną melodię. Jeśli to kleń to chyba mój rekord. Ryba jednak nie zachowuje się jak kleń, jest zbyt silna. Zacząłem podejrzewać brzanę bo hol nie był łatwy. Po chwili ryba osłabła i nim z pomocą dotarł Mateusz, dzierżyłem dumnie wspaniałą srebrną torpedę. Boleń mierzył 61 cm, był naprawdę silny ale mając sprzęt, któremu ufałem to ja byłem górą.


Jeszcze tylko zdjęcie i pozwalam rybie odpłynąć. Woda się dla mnie otworzyła, raz po raz lądowałem klenia, miarka kolejno wskazywała 30cm, 32 cm, 27 cm i 31 cm. W między czasie pojawili się organizatorzy imprezy. Zrobili z nami krótki wywiad i powiedzieli, że namierzyliśmy jedno z najlepszych miejsc kleniowych. Wróciliśmy do biczowania wody. Tym razem ryby oswoił Mateusz i nieco niżej pojmał 4 szczupłe ale niestety oprócz tego, że szczupłe to krótkie. Wszystkie jak z jednego miotu po około 45 cm. Warkocz przestał mi „dawać kolejne ryby” wiec przystąpiłem do dłubania pasiaków i udało mi się dorzucić garbuska na 21cm.



Wybiła godzina powrotu. Zmęczeni ale zadowoleni jechaliśmy po Wiktora i Franka, którzy równocześnie obławiali wody nieopodal naszego obozu. Pakowanie odbyło się w biegu i punkt 14:00 zdaliśmy karty startowe.

Rozpoczęła się ceremonia odczytywania zwycięskiej trójki oraz wręczanie nagród. Czułem, że mam niezły wynik ale gdy usłyszałem swoje nazwisko przy pierwszym miejscu to nie wierzyłem. Przecież ja nie znam tej wody. Jak to się mogło stać? Tylu wspaniałych wędkarzy a to mnie wzywają po odbiór głównej nagrody i puchar za I miejsce spinningowych zawodów „Kleń Nidy 2019”.

Dzisiaj, na chłodno analizując sukces, chcę podziękować mojemu Teamowi WzP. Bez nich to po prostu by się nie udało. Dzięki Wiktor i Franio, że poświęciliście się pozostając w bazie i pilnując pozostawionego tam sprzętu. Wasza pomoc choć niedoceniona to była nieoceniona. Wasza rola jest tak istotna jak rola tragarza przy wspinaczce na Mont Everest. To dzięki Wam miałem szansę na „atak szczytowy”. Chciałem też docenić Matiego, który po „wspólnej nocce z Nidą” wyczarował takie miejsce, że sukces stał się możliwy.



Na koniec chciałbym serdecznie podziękować organizatorom zawodów Kleń Nidy za jeden z lepszych weekendów w życiu.

środa, 29 stycznia 2020

Powierzchniowe okonie z jeziora Ińsko


Wreszcie nadszedł upragniony urlop. Wiadomym było, że jak wolne to koniecznie nad wodą z możliwością wędkowania. Tym razem wybór padł na duże jezioro rynnowe Ińsko.
Dotychczas moje doświadczenie w łowieniu na dużym jeziorze było niewielkie, łowiłem głównie na rzekach i starorzeczach. Już pierwszego dnia postanowiłem zrobić rozpoznanie. Na razie bez wędki ale chciałem przepłynąć kajakiem jezioro wzdłuż i wszerz żeby go trochę poznać. Woda tak czysta, że widać było na kilka metrów pod kajakiem. Pływając zobaczyłem kilka niewymiarowych szczupaków i stada okoni po około 25cm składające się z kilku sztuk.

67343747_499846517225699_3546338604928204800_n.jpg

Wtedy podjąłem decyzję, że na początek spróbuję dobrać się do okoni. Wracając do brzegu zahaczyłem o wyspę znajdującą się na środku jeziora. Jak się okazało była tam niewielka zatoka wchodząca w głęboko w wyspę. Tam poczułem się jak u siebie. Płytka mulista zatoka porośnięta grążelami to było coś co do złudzenia przypominało starorzecze. Dobre miejsce na początek. Zanim odpłynąłem zobaczyłem jak ławica drobnicy w popłochu skacze nad wodę a większe sztuki zbierają je sprawnie z powierzchni. To było polowanie okoni. Takiego spektaklu jeszcze nie widziałem. Okonie wielkim stadem zapędziły drobnicę pod trzciny i wyjadały jedną po drugiej. Takie rozpoznanie to był strzał w dziesiątkę. Wiedziałem już gdzie szukać okoni i w jaki sposób żerują.


Następnego ranka wziąłem kajak i popłynąłem we wcześniej upatrzone miejsce. Wziąłem kij Robinson City Liner Perch Jig 270cm 3-15g. Pod kij podpiąłem kołowrotek Robinson Dual MG. NA kołowrotek nawinięta plecionka Phantom Green Spin 0,12mm. Plecionka mogłaby się wydawać gruba jak na okonie ale przecież nie mogłem wykluczyć brania szczupaka, w dodatku przy łowieniu w pobliżu grążeli lepiej mieć mocniejszą linkę.
Po spektaklu jaki zafundowały mi poprzedniego dnia okonie postanowiłem, że spróbuję je łowić z powierzchni. Pomyślałem, że idealnie w takich warunkach sprawdzi się wobler powierzchniowy Strike Pro Gobi. Na początku najtrudniejsze było ustabilizowanie kajaka tak abym mógł oddawać precyzyjne rzuty skutecznie w tym przeszkadzał mi wiatr. Po kilkunastu minutach opracowałem technikę na tyle, że mogłem podsyłać poppera wzdłuż pasa roślinności.

 

Początkowo adrenalinę podnosiły mi niewymiarowe szczupaczki. Wyskakując raz po raz spod liści i atakując woblera. Po kilku udanych holach brania szczupaczków ustały. Wtedy w łowisko weszły wodne wilki. Już po samym braniu zorientowałem się, że to nie szczupak. Szczupaki atakowały startując czasem z odległości dwóch metrów. Robiły falę i uderzały równocześnie wyskakując z wody. To branie było inne, ryba pojawiła się znikąd. Szybkie uderzenie i wobler znika pod wodą. Krótki hol i melduje się pierwszy pasiak. Rozmiarowo nie powala bo niewiele ponad 20cm ale już cieszy bo plan się sprawdza. Po około godzinie machania popperem miałem na koncie kilka sztuk w granicach 20-30cm.

DSC_0040.JPG

67721907_375545963343991_5302986284896092160_n.jpg

Jednak przy łowieniu powierzchniowym nie jest najistotniejsze jak wielkie są sztuki. Istotne jest to jakich emocji dostarcza widok znikającego z powierzchni wabika i nagły opór na wędce. Zwłaszcza jeśli dzieje się to w pięknych okolicznościach przyrody i mamy okazję podziwiać to wszystko praktycznie z tej samej płaszczyzny siedząc na kajaku.

 

sobota, 25 stycznia 2020

Tak to się zaczęło...

 Z Mateuszem poznaliśmy się w pracy, od samego początku w naszych rozmowach często pojawiał się temat wędkarstwa. Obaj pochodzimy z niewielkich miejscowości, malowniczo położonych, w sąsiedztwie rzek. Mateusz wychował się nad Wisłą, ja nad małą Modrzejowianką dopływem Iłżanki. W rozmowach często porównywaliśmy swoje doświadczenia i to, jak sami w dzieciństwie dochodziliśmy do pewnych wędkarskich odkryć, jak chodziliśmy za rybą często tygodniami i miesiącami nie widząc jej na kiju. Zarówno jemu jak i mi, nikt nie pokazał jak wiązać haczyki, jakich przynęt używać, na jakich miejscach szukać ryby. Dzięki temu nasze doświadczenia były bardzo podobne, jednak ugruntowane w zupełnie innym środowisku. W naszych relacjach, co raz częściej pojawiał się temat wędkarstwa. Dowiedziałem się, że Mateusz ma brata Jakuba z którym razem penetrowali, miejscowe łachy, starorzecza i pobliskie zbiorniki. Tak powoli rodził się pomysł wspólnego wypadu na ryby, żeby wymienić się doświadczeniami, no ale przede wszystkim złowić jakąś konkretną sztukę. 


Był rok 2012, późne lato, może wczesna jesień… wspólnie z Mateuszem byliśmy na wyjeździe służbowym w Terespolu, oczywiście głównym tematem jaki nas absorbował w tym dniu było wędkarstwo. W rozmowie doszliśmy do wspólnego wniosku, że pobliski Bug zawsze uchodził w naszym wyobrażeniu, za dziki i pełen ryb. Późnym popołudniem wracaliśmy z Terespola w kierunku Włodawy, kiedy na nawigacji obok drogi nr 816 w okolicy miejscowości Okczyn dostrzegłem snującą się rzekę, niewiele myśląc zjechałem z trasy i po przejechaniu 150 metrów polną drogą, znaleźliśmy się nad majestatycznym i tajemniczym Bugiem. Nasza wyobraźnia w tym momencie oszalała… pierwszy odruch - łapanie koników polnych, ciem i innych owadów, aby sprawdzić, czy coś je pobierze z powierzchni wody. Tym bardziej byliśmy w ciężkim szoku, kiedy po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów, wszystkie owady znikały pod wodą, a na lustrze zostawał tylko ślad żerujących ryb. Słupki graniczne i widoczny białoruski, przeciwległy brzeg Bugu tylko podkręcały nasze oszołomienie tym miejscem. Nie zabrakło też miejscowego starego wędkarza, który na swojej „Ukrainie” minął nas z wędką. To był ten moment, kiedy w naszych głowach zapadła, jednoznaczna decyzja. Musimy tu wrócić! Po powrocie zaczęliśmy planowanie.

W lipcu 2013 siedząc już w osobówce, ja, Mateusz i Jakub zmierzaliśmy w kierunku Gnojna, na wcześniej upatrzoną na google maps miejscówkę. Załadowani pod sam sufit, woda, chleb, konserwy, ziemniaki, namiot, wojskowe materace i oczywiście tyle sprzętu wędkarskiego ile zdołaliśmy zmieścić do auta. Po dojechaniu na wcześniej ustalone miejsce, okazało się, że klif jest bardzo wysoki, nie dojedziemy nad sam brzeg samochodem, co było równoznaczne z poszukiwaniem innej łatwo dostępnej miejscówki (jak się później okazało, znaleźliśmy tam dojazd ale w 2018 roku :)) Czas nas gonił, było już mocno po 19, a my nie mieliśmy planu. Każdy miał w ręku telefon z mapą i kombinował, gdzie może być najlepsze miejsce. Wybraliśmy starorzecze Trojan kilka kilometrów za miejscowością Zabuże. Piękny zewnętrzny łuk Bugu i dodatkowo świetnie wyglądające na mapie starorzecze napawało nas optymizmem. Po pojawieniu się na miejscu, znów nie było kolorowo, na łuk rzeki nawet nie dotarliśmy, a na starorzeczu miejscowi wędkarze obstawiali wszystkie możliwe miejscówki. Trochę zrezygnowani, stwierdziliśmy, że jedziemy polną drogą jak najbliżej rzeki, tak żebyśmy nie musieli nosić „gratów” zbyt daleko. Muszę przyznać, że Ford Mondeo w sedanie, sprawdził się jako terenówka idealnie. Powoli zapadał zmrok, auto zaparkowaliśmy w niewielkiej niecce, w trawie przewyższającej samochód. Uprzednio zatrzymywaliśmy się kilka razy aby szukać idealnego miejsca, niestety… było późno, trzeba było się rozłożyć. Od rzeki dzielił nas pas olszowego lasu i mały kanał, za plecami bezkres nadbużańskich łąk i piękny zachód słońca... i miliony koników polnych siadających na naszych nogach. Tak zaczęła się przygoda, która trwa do dziś! 

Nad brzegiem znaleźliśmy niewielki skrawek równego terenu, gdzie postanowiliśmy rozbić namiot, pośród drzew, dobre 200 metrów od samochodu. Po przeciwnej stronie rzeki, w oddali, widać było zabudowania Mielnika. W międzyczasie przygotowaliśmy miejsce na namiot, karczując trawę, połacie mięty i „dziką porzeczkę”. Na przygotowanych czterech metrach kwadratowych, rozbiliśmy namiot i rozpaliliśmy ognisko, jednak uprzednio wędki zostały ulokowane na naszych stanowiskach. Rzeka w tym miejscu nie była zbyt urozmaicona, tylko powalone drzewa dawały nadzieje, że pod konarami kryją się jakieś ładne okazy. Wieczór upłynął pod kątem łapania białej ryby i ogarniania obozowiska. Do samej nocy, przygotowywaliśmy swoje obozowisko i tylko co jakiś czas, dzwoniły dzwonki, sygnalizując, że krąp połakomił się na kukurydzę.
 
Pierwsza noc minęła bezproblemowo, lekka mżawka nie dawała się we znaki, nawet się wyspaliśmy. Pierwszy wstał Jakub i ze spinningiem ruszył penetrować wodę wzdłuż brzegu, kierując się na zachód, obławiał wszystkie powalone drzewa, efektem było kilka niedużych okoników, które szybko wróciły do wody. 
 

Później wstał Mateusz i na końcu ja, oni nauczeni spinningowania na Wiśle obławiali brzeg, czego efektem był jeden wymiarowy szczupak, którego jak dobrze pamiętam złapał Jakub. Ja nauczony tylko wędkarstwa spławikowego, zacząłem stawiać pierwsze kroki w wędkarstwie gruntowym, stacjonowałem w obozowisku i pilnowałem dwóch zestawów gruntowych. Krąpie brały jak wściekłe, były zdecydowane i szalenie silne. Nie miałem pojęcia, że ryby 20-30 centymetrowe są takie energiczne, świetna zabawa i mega doświadczenie.
Kiedy dopadło nas pierwsze zmęczenie, postanowiliśmy coś ugotować. Tu role od pierwszego wyjazdu podzieliły się już na stałe, ja pilnowałem ognia i gotowałem, Jakub z Mateuszem zajmowali się dostarczaniem opału. Na pierwszy rzut, cebula duszona w kociołku. Kociołku własnej roboty... mocny i ciężki garnek zawieszony przy pomocy łańcuszka na wcześniej przygotowanej przez Jakuba konstrukcji. Może nie miało to wiele wspólnego z survivalem, ale czuliśmy się wtedy jak władcy puszczy. Ciekawe, czy ktoś z was wie jak smakuje duszona cebula?
 
8-10 posiekanych cebul, duszonych na skwarkach z boczku, do momentu aż się totalnie rozpadną, na koniec wbijamy 3-4 jajka i iście królewskie danie gotowe. Kurcze można się tym najeść!
Ten smak – cudny, cebula jest niesamowicie słodka i w ogóle nie przypomina w smaku tej świeżo siekanej, która najczęściej wyciska łzy. Po zjedzeniu posiłku nastąpił błogostan, który dopełniliśmy dwoma „zupkami chmielowymi”. 

Krótka drzemka i został wymyślony plan - co będziemy robić przez cały dzień.
Pomysł zawodów spławikowych, padł niemal jednogłośnie... uklejek w Bugu nie brakuje, koników na łące jest zatrzęsienie... a przecież te uklejki będą potrzebne na noc :) Dzień mijał dość leniwie, łapanie uklejek na koniki dawało ogromną frajdę, a w momencie kiedy nuda wzięła górę wróciliśmy do łapania na gruntówki.
Koniki - świetna przynęta powierzchniowa
   Na pięćdziesięciu metrach brzegu, mieliśmy cztery stanowiska, które każdy z nas obławiał jednym pickerem. Brania, raz się wzmagały, żeby po chwili znów ustać do zera. Na liczniku, naszego wypadu, co rusz pojawiały się płocie, krąpie i małe leszcze.

Popołudnie było pochmurne i ciepłe, momentami było niemal parno. Na obiad po raz pierwszy, właśnie na tym wyjeździe, zrobiliśmy „kociełek”, który stał się tradycją i kultową częścią każdego wyjazdu. „Kociełek” to zupa, gulasz... właściwie miszmasz, kiełbasa, boczek, cebula, marchew, pietruszka, seler, por, kapusta, buraki, ziemniaki i wszystko co nada tej potrawie dzikiego charakteru, podstawa to mięta, pokrzywa, liść dębu i zielona szyszka sosnowa. Jednak swoje zastosowanie znajdują tu wszystkie jadalne, znalezione wiktuały, krwawnik, maliny, jeżyny, dzikie gruszki, często dla okrasy pojawiają się grzyby. Wszystko mocno ugotowane, przyprawione pieprzem ziołowym i solą. Nie ma dwóch takich samych „kociełków”, każdy smakuje inaczej i jest niesamowicie pożywny. 
Pokrzywy nadają niepowtarzalnego aromatu i smaku
Krótki odpoczynek i każdy z nas ruszył ze spinningiem, w poszukiwaniu drapieżnika. Co najmniej godzina wędkowania, przyniosła zaledwie kilka małych okoni. Szybko powróciliśmy do zabawy z białą rybą. Tu scenariusz z przedpołudnia się powtórzył, co nasunęło Mateuszowi nowy pomysł na danie, właściwie była to nowa odsłona, smażonej ryby. Płocie i krąpie, które wcześniej stały, co najmniej godzinę w zalewie cebulowej, obtoczone w mące pszennej, smażone na oleju rzepakowym. Prymitywne, ale cholernie smaczne danie, okazało się kolejnym obowiązkowym punktem naszych wyjazdów. 
Dzień chylił się ku końcowi. Bliżej wieczora, kukurydza na haczykach ustąpiła miejsca rosówkom i pijawkom. Co ewidentnie spodobało się małym sumom. Największy miał nieco ponad 60cm, nie udało się przechytrzyć żadnego wymiarowego. Na brzegu cały czas płonęło ognisko, w międzyczasie klasyk w postaci pieczonych ziemniaków, zagościł na talerzach. Przygotowując się do nocnego odpoczynku, każdy z nas wybrał przynętę na noc. Bracia wybrali rosówki i pijawki, ja postawiłem na uklejkę. Siedzieliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut, w oddali było słychać nadchodzącą burzę i co chwilę jasny błysk rozświetlał ciemne niebo. Zmęczenie wzięło górę, poszliśmy spać.
 
Noc nie należała do przyjemnych, około godziny pierwszej obudziła nas burza i totalna ulewa, burza ustała, ale deszcz nie... Padało co najmniej do trzeciej, a nasze wojskowe materace i wszystkie rzeczy leżące na podłodze, nasączyły się wodą. Pomimo dość mokrej nocy udało nam się zdrzemnąć. Jak zawsze z rana Jakub pierwszy wytoczył się z namiotu, kilka minut po czwartej usłyszałem wołanie - Wiktor, coś masz na wędce. Na co odpowiedziałem – to wyciągnij... Na początku Jakub miał wrażenie, że to zaczep, jednak po krótkim holu, wędka zaczęła pracować. Zarzucona była dość blisko brzegu, a ryba już jakiś czas była zahaczona, więc nie było zbyt dużej walki, jeden mały odjazd i ryba była tuż obok brzegu. Mateusz szybko chwycił podbierak, ale chyba jeszcze spał, bo styl w jakim podbierał rybę, bardziej przypominał łapanie motyli, ewentualnie grabienie liści :) :) :) Zanim podbiegłem w siatce był piękny wymiarowy sandacz. Mętnooki okazał się rybą wyjazdu, a ukleja okazała się trafioną przynętą. Rybę zaliczyliśmy każdemu z nas :) bo każdy miał swój udział w tym małym zwycięstwie. 

Ryba wyjazdu
O poranku Mateusz upolował pięknego bolenia, a my z Jakubem znów kilka okoni. Dość problemowe okazało się rozpalenie ogniska, wszystkie gałęzie i trawa były przemoczone, jedynym ratunkiem okazała się spróchniała, jeszcze stojąca brzoza, która dała nam sporo suchego opału, a jej kora okazała się świetną rozpałką. Dzięki niej mogliśmy na śniadanie znów ugotować „kociełek”. Na szczęście wyszło piękne słońce i powoli suszyliśmy materace oraz podtopiony namiot. 


Pierwszy wyjazd dobiegał końca,.. nasze miejsce powoli zaczęło powracać do wcześniejszego wyglądu. Tylko palenisko i wydeptane ścieżki zdradzały, że jacyś pasjonaci byli tu zaszyci przez jakiś czas. Zmęczeni, ale szczęśliwi, to chyba najlepsze określenia, plan na przyszłość – musimy tu wrócić za rok!

czwartek, 23 stycznia 2020

Przynęty miękkie do lekkiego spinningu – Fishchaser


Całą poprzednią zimę spędziłem studiując moim zdaniem świetnego bloga Adama Kozłowskiego http://wedkarskiewakacje.pl/ . Do gustu szczególnie przypadły mi teksty o łowieniu ultra lightem. Po takiej lekturze gdy za oknami był śnieg i lód ja oczami wyobraźni łowiłem białoryb na spinning.

Wyobraźnia to jedno ale w realnym świecie potrzebowałem do tego odpowiedniego sprzętu i co najważniejsze przynęt. Zauważyłem, że na blogu często pada nazwa firmy Fishchaser. Postanowiłem zaopatrzyć się w te zachwalane przynęty. Na stronie producenta https://fishchaser.pl pierwsze pozytywne zaskoczenie. Mimo nazwy sugerującej zagranicznego producenta okazuje się, że to polska firma.
Ripperki Fishchaser
Jako początkujący lightowiec nieufny byłem przynętom robakopodobnym więc zamówiłem tylko te imitujące wyglądem narybek.
 

Wziąłem najmniejsze Nanomastery w kolorze Goldfish, Micromastery tej samej barwy oraz Minimastery w kolorze Smoke& Pepper. Paczka przyszła w tym samym tygodniu, w środku była niespodzianka, kilka sztuk gratisów w różnych kolorach między innymi Minimaster Pintail.

Do przynęt kupiłem trochę ołowianych mikro główek jigowych. Kilka z Mustada Micro i kilka VMC. Oczywiscie bez kołnierzy, które przy tak małych przynętach jedynie by przeszkadzały.

Wiosną przyszedł czas na pierwsze testy. Wybrałem się na łowisko, które dobrze znam. Wiem, że są tam okonie i wzdręgi. Wielkością niestety nie oszałamiają ale za to nadrabiają ilością. Na początek posłałem do wody Micromastery a więc 2,5cm ripperki.

Niewiele większe od groszówki
Niby maleństwa a przecież w zanadrzu miałem jeszcze niespełna 2 cm Nanomastery. Już po pierwszych rzutach zauważyłem zainteresowanie wzdręg i okoni przynętami. Pozostało dopracować technikę prowadzenia. Gumy są bardzo miękkie i mają duże ogonki w porównaniu korpusu dzięki czemu pracowały w opadzie i przy powolnym prowadzeniu. Po kilku rzutach dopracowałem technikę i cieszyłem się pierwszą w życiu wzdręgą na spinning.
 

Po złowieniu kilku sztuk stado się wypłoszyło i w łowisko weszły okonki. Niewielkie osobniki wyjeżdżały praktycznie co rzut. To był dobry test wytrzymałościowy dla gum. Mimo małych gabarytów i miękkości materiału okazały się całkiem wytrzymałe. Dopiero po kilkunastu, kilkudziesięciu okoniach i ich małych ząbkach gumy zaczynały robić się szorstkie i matowieć.

Okonek na Pintaila
Kolejne moje wyprawy odbyły się na jezioro Ińsko. Tam niestety białorybu połowić mi nie było dane gdyż okonie nie dawały przynętom zejść do dna. Brały jak w amoku.

Okoń z jeziora Ińsko

 Dopiero podczas wyprawy na Bug złowiłem pierwszą spinningową płoć. Nie byle jaką bo grubo ponad 30cm, padł też wymiarowy kleń, leszczyk, krąpik.

Pierwsza płoć na spinning

 

Przez kilka wypadów z lekkim spinningiem i przynętami Fishchaser wkręciłem się na poważnie w ultra lighta. Wiem jakie popełniłem błędy i postaram się je wyeliminować. Już czekam na kij o cw 0,5-5g. Będzie cieńsza żyłka i haki z główkami wolframowymi. Większe ołowiane główki jigowe mogły usztywniać pracę przynęty. Wolframowe główki zamówię już wkrótce z kolejną partią gum.

Tyle, że tym razem odważniej zainwestuję również w Microlarvae chruścik i Microlarvae widelnica, które wyglądają bardzo naturalnie.

Skuteczne nawet późną jesienią
Jeśli ktoś lubi lekki spinning lub zamierza go spróbować myślę, że warto zaopatrzyć się w kilka przynęt Fishchaser. Nawet w dobie aliexperess ciężko znaleźć podobne przynęty. Ich unikatowy wygląd i świetna praca nie opatrzyły się jeszcze naszym rybom dzięki czemu mogą nie raz uratować nasz wędkarski honor.

Warto mieć takie pudełeczko