środa, 29 stycznia 2020

Powierzchniowe okonie z jeziora Ińsko


Wreszcie nadszedł upragniony urlop. Wiadomym było, że jak wolne to koniecznie nad wodą z możliwością wędkowania. Tym razem wybór padł na duże jezioro rynnowe Ińsko.
Dotychczas moje doświadczenie w łowieniu na dużym jeziorze było niewielkie, łowiłem głównie na rzekach i starorzeczach. Już pierwszego dnia postanowiłem zrobić rozpoznanie. Na razie bez wędki ale chciałem przepłynąć kajakiem jezioro wzdłuż i wszerz żeby go trochę poznać. Woda tak czysta, że widać było na kilka metrów pod kajakiem. Pływając zobaczyłem kilka niewymiarowych szczupaków i stada okoni po około 25cm składające się z kilku sztuk.

67343747_499846517225699_3546338604928204800_n.jpg

Wtedy podjąłem decyzję, że na początek spróbuję dobrać się do okoni. Wracając do brzegu zahaczyłem o wyspę znajdującą się na środku jeziora. Jak się okazało była tam niewielka zatoka wchodząca w głęboko w wyspę. Tam poczułem się jak u siebie. Płytka mulista zatoka porośnięta grążelami to było coś co do złudzenia przypominało starorzecze. Dobre miejsce na początek. Zanim odpłynąłem zobaczyłem jak ławica drobnicy w popłochu skacze nad wodę a większe sztuki zbierają je sprawnie z powierzchni. To było polowanie okoni. Takiego spektaklu jeszcze nie widziałem. Okonie wielkim stadem zapędziły drobnicę pod trzciny i wyjadały jedną po drugiej. Takie rozpoznanie to był strzał w dziesiątkę. Wiedziałem już gdzie szukać okoni i w jaki sposób żerują.


Następnego ranka wziąłem kajak i popłynąłem we wcześniej upatrzone miejsce. Wziąłem kij Robinson City Liner Perch Jig 270cm 3-15g. Pod kij podpiąłem kołowrotek Robinson Dual MG. NA kołowrotek nawinięta plecionka Phantom Green Spin 0,12mm. Plecionka mogłaby się wydawać gruba jak na okonie ale przecież nie mogłem wykluczyć brania szczupaka, w dodatku przy łowieniu w pobliżu grążeli lepiej mieć mocniejszą linkę.
Po spektaklu jaki zafundowały mi poprzedniego dnia okonie postanowiłem, że spróbuję je łowić z powierzchni. Pomyślałem, że idealnie w takich warunkach sprawdzi się wobler powierzchniowy Strike Pro Gobi. Na początku najtrudniejsze było ustabilizowanie kajaka tak abym mógł oddawać precyzyjne rzuty skutecznie w tym przeszkadzał mi wiatr. Po kilkunastu minutach opracowałem technikę na tyle, że mogłem podsyłać poppera wzdłuż pasa roślinności.

 

Początkowo adrenalinę podnosiły mi niewymiarowe szczupaczki. Wyskakując raz po raz spod liści i atakując woblera. Po kilku udanych holach brania szczupaczków ustały. Wtedy w łowisko weszły wodne wilki. Już po samym braniu zorientowałem się, że to nie szczupak. Szczupaki atakowały startując czasem z odległości dwóch metrów. Robiły falę i uderzały równocześnie wyskakując z wody. To branie było inne, ryba pojawiła się znikąd. Szybkie uderzenie i wobler znika pod wodą. Krótki hol i melduje się pierwszy pasiak. Rozmiarowo nie powala bo niewiele ponad 20cm ale już cieszy bo plan się sprawdza. Po około godzinie machania popperem miałem na koncie kilka sztuk w granicach 20-30cm.

DSC_0040.JPG

67721907_375545963343991_5302986284896092160_n.jpg

Jednak przy łowieniu powierzchniowym nie jest najistotniejsze jak wielkie są sztuki. Istotne jest to jakich emocji dostarcza widok znikającego z powierzchni wabika i nagły opór na wędce. Zwłaszcza jeśli dzieje się to w pięknych okolicznościach przyrody i mamy okazję podziwiać to wszystko praktycznie z tej samej płaszczyzny siedząc na kajaku.

 

sobota, 25 stycznia 2020

Tak to się zaczęło...

 Z Mateuszem poznaliśmy się w pracy, od samego początku w naszych rozmowach często pojawiał się temat wędkarstwa. Obaj pochodzimy z niewielkich miejscowości, malowniczo położonych, w sąsiedztwie rzek. Mateusz wychował się nad Wisłą, ja nad małą Modrzejowianką dopływem Iłżanki. W rozmowach często porównywaliśmy swoje doświadczenia i to, jak sami w dzieciństwie dochodziliśmy do pewnych wędkarskich odkryć, jak chodziliśmy za rybą często tygodniami i miesiącami nie widząc jej na kiju. Zarówno jemu jak i mi, nikt nie pokazał jak wiązać haczyki, jakich przynęt używać, na jakich miejscach szukać ryby. Dzięki temu nasze doświadczenia były bardzo podobne, jednak ugruntowane w zupełnie innym środowisku. W naszych relacjach, co raz częściej pojawiał się temat wędkarstwa. Dowiedziałem się, że Mateusz ma brata Jakuba z którym razem penetrowali, miejscowe łachy, starorzecza i pobliskie zbiorniki. Tak powoli rodził się pomysł wspólnego wypadu na ryby, żeby wymienić się doświadczeniami, no ale przede wszystkim złowić jakąś konkretną sztukę. 


Był rok 2012, późne lato, może wczesna jesień… wspólnie z Mateuszem byliśmy na wyjeździe służbowym w Terespolu, oczywiście głównym tematem jaki nas absorbował w tym dniu było wędkarstwo. W rozmowie doszliśmy do wspólnego wniosku, że pobliski Bug zawsze uchodził w naszym wyobrażeniu, za dziki i pełen ryb. Późnym popołudniem wracaliśmy z Terespola w kierunku Włodawy, kiedy na nawigacji obok drogi nr 816 w okolicy miejscowości Okczyn dostrzegłem snującą się rzekę, niewiele myśląc zjechałem z trasy i po przejechaniu 150 metrów polną drogą, znaleźliśmy się nad majestatycznym i tajemniczym Bugiem. Nasza wyobraźnia w tym momencie oszalała… pierwszy odruch - łapanie koników polnych, ciem i innych owadów, aby sprawdzić, czy coś je pobierze z powierzchni wody. Tym bardziej byliśmy w ciężkim szoku, kiedy po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów, wszystkie owady znikały pod wodą, a na lustrze zostawał tylko ślad żerujących ryb. Słupki graniczne i widoczny białoruski, przeciwległy brzeg Bugu tylko podkręcały nasze oszołomienie tym miejscem. Nie zabrakło też miejscowego starego wędkarza, który na swojej „Ukrainie” minął nas z wędką. To był ten moment, kiedy w naszych głowach zapadła, jednoznaczna decyzja. Musimy tu wrócić! Po powrocie zaczęliśmy planowanie.

W lipcu 2013 siedząc już w osobówce, ja, Mateusz i Jakub zmierzaliśmy w kierunku Gnojna, na wcześniej upatrzoną na google maps miejscówkę. Załadowani pod sam sufit, woda, chleb, konserwy, ziemniaki, namiot, wojskowe materace i oczywiście tyle sprzętu wędkarskiego ile zdołaliśmy zmieścić do auta. Po dojechaniu na wcześniej ustalone miejsce, okazało się, że klif jest bardzo wysoki, nie dojedziemy nad sam brzeg samochodem, co było równoznaczne z poszukiwaniem innej łatwo dostępnej miejscówki (jak się później okazało, znaleźliśmy tam dojazd ale w 2018 roku :)) Czas nas gonił, było już mocno po 19, a my nie mieliśmy planu. Każdy miał w ręku telefon z mapą i kombinował, gdzie może być najlepsze miejsce. Wybraliśmy starorzecze Trojan kilka kilometrów za miejscowością Zabuże. Piękny zewnętrzny łuk Bugu i dodatkowo świetnie wyglądające na mapie starorzecze napawało nas optymizmem. Po pojawieniu się na miejscu, znów nie było kolorowo, na łuk rzeki nawet nie dotarliśmy, a na starorzeczu miejscowi wędkarze obstawiali wszystkie możliwe miejscówki. Trochę zrezygnowani, stwierdziliśmy, że jedziemy polną drogą jak najbliżej rzeki, tak żebyśmy nie musieli nosić „gratów” zbyt daleko. Muszę przyznać, że Ford Mondeo w sedanie, sprawdził się jako terenówka idealnie. Powoli zapadał zmrok, auto zaparkowaliśmy w niewielkiej niecce, w trawie przewyższającej samochód. Uprzednio zatrzymywaliśmy się kilka razy aby szukać idealnego miejsca, niestety… było późno, trzeba było się rozłożyć. Od rzeki dzielił nas pas olszowego lasu i mały kanał, za plecami bezkres nadbużańskich łąk i piękny zachód słońca... i miliony koników polnych siadających na naszych nogach. Tak zaczęła się przygoda, która trwa do dziś! 

Nad brzegiem znaleźliśmy niewielki skrawek równego terenu, gdzie postanowiliśmy rozbić namiot, pośród drzew, dobre 200 metrów od samochodu. Po przeciwnej stronie rzeki, w oddali, widać było zabudowania Mielnika. W międzyczasie przygotowaliśmy miejsce na namiot, karczując trawę, połacie mięty i „dziką porzeczkę”. Na przygotowanych czterech metrach kwadratowych, rozbiliśmy namiot i rozpaliliśmy ognisko, jednak uprzednio wędki zostały ulokowane na naszych stanowiskach. Rzeka w tym miejscu nie była zbyt urozmaicona, tylko powalone drzewa dawały nadzieje, że pod konarami kryją się jakieś ładne okazy. Wieczór upłynął pod kątem łapania białej ryby i ogarniania obozowiska. Do samej nocy, przygotowywaliśmy swoje obozowisko i tylko co jakiś czas, dzwoniły dzwonki, sygnalizując, że krąp połakomił się na kukurydzę.
 
Pierwsza noc minęła bezproblemowo, lekka mżawka nie dawała się we znaki, nawet się wyspaliśmy. Pierwszy wstał Jakub i ze spinningiem ruszył penetrować wodę wzdłuż brzegu, kierując się na zachód, obławiał wszystkie powalone drzewa, efektem było kilka niedużych okoników, które szybko wróciły do wody. 
 

Później wstał Mateusz i na końcu ja, oni nauczeni spinningowania na Wiśle obławiali brzeg, czego efektem był jeden wymiarowy szczupak, którego jak dobrze pamiętam złapał Jakub. Ja nauczony tylko wędkarstwa spławikowego, zacząłem stawiać pierwsze kroki w wędkarstwie gruntowym, stacjonowałem w obozowisku i pilnowałem dwóch zestawów gruntowych. Krąpie brały jak wściekłe, były zdecydowane i szalenie silne. Nie miałem pojęcia, że ryby 20-30 centymetrowe są takie energiczne, świetna zabawa i mega doświadczenie.
Kiedy dopadło nas pierwsze zmęczenie, postanowiliśmy coś ugotować. Tu role od pierwszego wyjazdu podzieliły się już na stałe, ja pilnowałem ognia i gotowałem, Jakub z Mateuszem zajmowali się dostarczaniem opału. Na pierwszy rzut, cebula duszona w kociołku. Kociołku własnej roboty... mocny i ciężki garnek zawieszony przy pomocy łańcuszka na wcześniej przygotowanej przez Jakuba konstrukcji. Może nie miało to wiele wspólnego z survivalem, ale czuliśmy się wtedy jak władcy puszczy. Ciekawe, czy ktoś z was wie jak smakuje duszona cebula?
 
8-10 posiekanych cebul, duszonych na skwarkach z boczku, do momentu aż się totalnie rozpadną, na koniec wbijamy 3-4 jajka i iście królewskie danie gotowe. Kurcze można się tym najeść!
Ten smak – cudny, cebula jest niesamowicie słodka i w ogóle nie przypomina w smaku tej świeżo siekanej, która najczęściej wyciska łzy. Po zjedzeniu posiłku nastąpił błogostan, który dopełniliśmy dwoma „zupkami chmielowymi”. 

Krótka drzemka i został wymyślony plan - co będziemy robić przez cały dzień.
Pomysł zawodów spławikowych, padł niemal jednogłośnie... uklejek w Bugu nie brakuje, koników na łące jest zatrzęsienie... a przecież te uklejki będą potrzebne na noc :) Dzień mijał dość leniwie, łapanie uklejek na koniki dawało ogromną frajdę, a w momencie kiedy nuda wzięła górę wróciliśmy do łapania na gruntówki.
Koniki - świetna przynęta powierzchniowa
   Na pięćdziesięciu metrach brzegu, mieliśmy cztery stanowiska, które każdy z nas obławiał jednym pickerem. Brania, raz się wzmagały, żeby po chwili znów ustać do zera. Na liczniku, naszego wypadu, co rusz pojawiały się płocie, krąpie i małe leszcze.

Popołudnie było pochmurne i ciepłe, momentami było niemal parno. Na obiad po raz pierwszy, właśnie na tym wyjeździe, zrobiliśmy „kociełek”, który stał się tradycją i kultową częścią każdego wyjazdu. „Kociełek” to zupa, gulasz... właściwie miszmasz, kiełbasa, boczek, cebula, marchew, pietruszka, seler, por, kapusta, buraki, ziemniaki i wszystko co nada tej potrawie dzikiego charakteru, podstawa to mięta, pokrzywa, liść dębu i zielona szyszka sosnowa. Jednak swoje zastosowanie znajdują tu wszystkie jadalne, znalezione wiktuały, krwawnik, maliny, jeżyny, dzikie gruszki, często dla okrasy pojawiają się grzyby. Wszystko mocno ugotowane, przyprawione pieprzem ziołowym i solą. Nie ma dwóch takich samych „kociełków”, każdy smakuje inaczej i jest niesamowicie pożywny. 
Pokrzywy nadają niepowtarzalnego aromatu i smaku
Krótki odpoczynek i każdy z nas ruszył ze spinningiem, w poszukiwaniu drapieżnika. Co najmniej godzina wędkowania, przyniosła zaledwie kilka małych okoni. Szybko powróciliśmy do zabawy z białą rybą. Tu scenariusz z przedpołudnia się powtórzył, co nasunęło Mateuszowi nowy pomysł na danie, właściwie była to nowa odsłona, smażonej ryby. Płocie i krąpie, które wcześniej stały, co najmniej godzinę w zalewie cebulowej, obtoczone w mące pszennej, smażone na oleju rzepakowym. Prymitywne, ale cholernie smaczne danie, okazało się kolejnym obowiązkowym punktem naszych wyjazdów. 
Dzień chylił się ku końcowi. Bliżej wieczora, kukurydza na haczykach ustąpiła miejsca rosówkom i pijawkom. Co ewidentnie spodobało się małym sumom. Największy miał nieco ponad 60cm, nie udało się przechytrzyć żadnego wymiarowego. Na brzegu cały czas płonęło ognisko, w międzyczasie klasyk w postaci pieczonych ziemniaków, zagościł na talerzach. Przygotowując się do nocnego odpoczynku, każdy z nas wybrał przynętę na noc. Bracia wybrali rosówki i pijawki, ja postawiłem na uklejkę. Siedzieliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut, w oddali było słychać nadchodzącą burzę i co chwilę jasny błysk rozświetlał ciemne niebo. Zmęczenie wzięło górę, poszliśmy spać.
 
Noc nie należała do przyjemnych, około godziny pierwszej obudziła nas burza i totalna ulewa, burza ustała, ale deszcz nie... Padało co najmniej do trzeciej, a nasze wojskowe materace i wszystkie rzeczy leżące na podłodze, nasączyły się wodą. Pomimo dość mokrej nocy udało nam się zdrzemnąć. Jak zawsze z rana Jakub pierwszy wytoczył się z namiotu, kilka minut po czwartej usłyszałem wołanie - Wiktor, coś masz na wędce. Na co odpowiedziałem – to wyciągnij... Na początku Jakub miał wrażenie, że to zaczep, jednak po krótkim holu, wędka zaczęła pracować. Zarzucona była dość blisko brzegu, a ryba już jakiś czas była zahaczona, więc nie było zbyt dużej walki, jeden mały odjazd i ryba była tuż obok brzegu. Mateusz szybko chwycił podbierak, ale chyba jeszcze spał, bo styl w jakim podbierał rybę, bardziej przypominał łapanie motyli, ewentualnie grabienie liści :) :) :) Zanim podbiegłem w siatce był piękny wymiarowy sandacz. Mętnooki okazał się rybą wyjazdu, a ukleja okazała się trafioną przynętą. Rybę zaliczyliśmy każdemu z nas :) bo każdy miał swój udział w tym małym zwycięstwie. 

Ryba wyjazdu
O poranku Mateusz upolował pięknego bolenia, a my z Jakubem znów kilka okoni. Dość problemowe okazało się rozpalenie ogniska, wszystkie gałęzie i trawa były przemoczone, jedynym ratunkiem okazała się spróchniała, jeszcze stojąca brzoza, która dała nam sporo suchego opału, a jej kora okazała się świetną rozpałką. Dzięki niej mogliśmy na śniadanie znów ugotować „kociełek”. Na szczęście wyszło piękne słońce i powoli suszyliśmy materace oraz podtopiony namiot. 


Pierwszy wyjazd dobiegał końca,.. nasze miejsce powoli zaczęło powracać do wcześniejszego wyglądu. Tylko palenisko i wydeptane ścieżki zdradzały, że jacyś pasjonaci byli tu zaszyci przez jakiś czas. Zmęczeni, ale szczęśliwi, to chyba najlepsze określenia, plan na przyszłość – musimy tu wrócić za rok!

czwartek, 23 stycznia 2020

Przynęty miękkie do lekkiego spinningu – Fishchaser


Całą poprzednią zimę spędziłem studiując moim zdaniem świetnego bloga Adama Kozłowskiego http://wedkarskiewakacje.pl/ . Do gustu szczególnie przypadły mi teksty o łowieniu ultra lightem. Po takiej lekturze gdy za oknami był śnieg i lód ja oczami wyobraźni łowiłem białoryb na spinning.

Wyobraźnia to jedno ale w realnym świecie potrzebowałem do tego odpowiedniego sprzętu i co najważniejsze przynęt. Zauważyłem, że na blogu często pada nazwa firmy Fishchaser. Postanowiłem zaopatrzyć się w te zachwalane przynęty. Na stronie producenta https://fishchaser.pl pierwsze pozytywne zaskoczenie. Mimo nazwy sugerującej zagranicznego producenta okazuje się, że to polska firma.
Ripperki Fishchaser
Jako początkujący lightowiec nieufny byłem przynętom robakopodobnym więc zamówiłem tylko te imitujące wyglądem narybek.
 

Wziąłem najmniejsze Nanomastery w kolorze Goldfish, Micromastery tej samej barwy oraz Minimastery w kolorze Smoke& Pepper. Paczka przyszła w tym samym tygodniu, w środku była niespodzianka, kilka sztuk gratisów w różnych kolorach między innymi Minimaster Pintail.

Do przynęt kupiłem trochę ołowianych mikro główek jigowych. Kilka z Mustada Micro i kilka VMC. Oczywiscie bez kołnierzy, które przy tak małych przynętach jedynie by przeszkadzały.

Wiosną przyszedł czas na pierwsze testy. Wybrałem się na łowisko, które dobrze znam. Wiem, że są tam okonie i wzdręgi. Wielkością niestety nie oszałamiają ale za to nadrabiają ilością. Na początek posłałem do wody Micromastery a więc 2,5cm ripperki.

Niewiele większe od groszówki
Niby maleństwa a przecież w zanadrzu miałem jeszcze niespełna 2 cm Nanomastery. Już po pierwszych rzutach zauważyłem zainteresowanie wzdręg i okoni przynętami. Pozostało dopracować technikę prowadzenia. Gumy są bardzo miękkie i mają duże ogonki w porównaniu korpusu dzięki czemu pracowały w opadzie i przy powolnym prowadzeniu. Po kilku rzutach dopracowałem technikę i cieszyłem się pierwszą w życiu wzdręgą na spinning.
 

Po złowieniu kilku sztuk stado się wypłoszyło i w łowisko weszły okonki. Niewielkie osobniki wyjeżdżały praktycznie co rzut. To był dobry test wytrzymałościowy dla gum. Mimo małych gabarytów i miękkości materiału okazały się całkiem wytrzymałe. Dopiero po kilkunastu, kilkudziesięciu okoniach i ich małych ząbkach gumy zaczynały robić się szorstkie i matowieć.

Okonek na Pintaila
Kolejne moje wyprawy odbyły się na jezioro Ińsko. Tam niestety białorybu połowić mi nie było dane gdyż okonie nie dawały przynętom zejść do dna. Brały jak w amoku.

Okoń z jeziora Ińsko

 Dopiero podczas wyprawy na Bug złowiłem pierwszą spinningową płoć. Nie byle jaką bo grubo ponad 30cm, padł też wymiarowy kleń, leszczyk, krąpik.

Pierwsza płoć na spinning

 

Przez kilka wypadów z lekkim spinningiem i przynętami Fishchaser wkręciłem się na poważnie w ultra lighta. Wiem jakie popełniłem błędy i postaram się je wyeliminować. Już czekam na kij o cw 0,5-5g. Będzie cieńsza żyłka i haki z główkami wolframowymi. Większe ołowiane główki jigowe mogły usztywniać pracę przynęty. Wolframowe główki zamówię już wkrótce z kolejną partią gum.

Tyle, że tym razem odważniej zainwestuję również w Microlarvae chruścik i Microlarvae widelnica, które wyglądają bardzo naturalnie.

Skuteczne nawet późną jesienią
Jeśli ktoś lubi lekki spinning lub zamierza go spróbować myślę, że warto zaopatrzyć się w kilka przynęt Fishchaser. Nawet w dobie aliexperess ciężko znaleźć podobne przynęty. Ich unikatowy wygląd i świetna praca nie opatrzyły się jeszcze naszym rybom dzięki czemu mogą nie raz uratować nasz wędkarski honor.

Warto mieć takie pudełeczko

środa, 15 stycznia 2020

Okoń z dużych rzek - okiem Mateusza

- Ale co się stało z tym okoniem? W latach 80 nawet 90 to łowiło się ładne garby regularnie a drobne wręcz były utrapieniem wędkarza – słyszę żal napotkanego spinningisty. Wzruszyłem tylko ramionami ponieważ nie chciało mi się tłumaczyć moich wieloletnich obserwacji kolejnej napotkanej osobie. Przecież podobnych pytań i to nie tylko w kontekście okonia słyszałem na pęczki. W myślach jednak znów prześledziłem losy okonia na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza…

Okoń faktycznie w latach osiemdziesiątych był traktowany jako rybi chwast. Często kończył pod butem wędkarza gdyż miał w zwyczaju głęboko połykać haczyk. Ten duży, jako smaczna ryba, lądował w torbie niemal każdego łowcy. Średni pełnił funkcję pocieszyciela wędkarza. Podobnie jak dzisiejszy krąp nie budził dużego szacunku ale zawsze można było na niego liczyć. Te i wiele innych czynników spowodowało, że o okonia w Wiśle na początku 21 wieku było już bardzo trudno, szczególnie o duże okazy. Przez dekadę niedzielni wędkarze znad Wisły okonia widywali głównie na okładkach, popularnych wówczas, czasopism…

Dzisiaj można śmiało powiedzieć, że pogłowie okonia wraca do przyzwoitych wartości. Oczywiście spotykam wciąż wędkarzy, którzy twierdzą, że okonia jest mało ale spotykam też takich, którzy potrafią docenić obecny rybostan. W mojej ocenie jedni i drudzy mają rację. Po prostu każdy wędkarz ma inne umiejętności, inne oczekiwania, inny wymiar godzin spędzonych nad wodą i tym samym inne efekty. Myślę, że zgodzicie się ze mną, że dziś złowienie pasiaka nie stanowi problemu. Nie mniej, wciąż ogromny kłopot sprawia złowienie dużego garba.



                                                                                                                                                                                   
To, że jest trudno nie znaczy, że się nie da… W prawdzie o wiele łatwiej przychodzi mi łowić duże okonie z gruntu lub na żywca to jednak poniżej skupię się tylko na spinningu. Metoda gruntowa to materiał na inny artykuł. Okonie możemy łowić z sukcesami okrągły rok z tym, że zarówno na przestrzeni doby jak i roku żeruje mniej lub bardziej intensywnie. Przybliżę Wam te okresy, momenty, okoliczności wobec, których łowca okoni nie przejdzie obojętnie. Dziś będziemy „łowić” w Wiśle bo tu mam największe doświadczenie ale podobne zasady obowiązują na pozostałych, dużych rzekach.




Wiosna i przybór z roztopów – Każdy z nas kto dużo spaceruje ze spinningiem wie co to wędkarska wiosna, roztopy i utrudniony dostęp do główek, opasek i kamienistych raf dostępnych latem. Woda zaczyna przybierać i wdziera się do starorzeczy, dopływów i wszelkich innych cieków wodnych sąsiadujących z Wisłą. Jest wówczas raczej mętna w Wiśle ale klarowna w małych dopływach a to dobry sygnał. Po pierwsze okoń raczej unika mętnej wody i będzie uciekał z głównego koryta rzeki właśnie we wspomniane wyżej starorzecza czy dopływy. Będzie tam przebywał też z innego istotnego powodu. Otóż, jak wiadomo w takich płytszych zbiornikach znacznie wcześniej budzi się życie z uwagi na temperaturę wody. Toteż wszystkie, niemal wszystkie, drapieżniki podążą tu za białorybem. Ja wiosną łowię bardzo delikatnie i raczej stosuję żyłkę niż plecionkę. Polecam zastosować jakiś delikatny przypon zabezpieczający nas przed obcinką bo w takich łowiskach przebywa jeszcze szczupak, który kończy lub skończył tarło. Łowimy „lekko” i raczej „cienko” z uwagi na wspomnianą klarowność wody. Myślę, że wędziska o cw do 12 gram spokojnie wystarczą. Polecam te nieco dłuższe, w granicach 2,70 m. Pozwolą nam dalej sięgnąć przynętą i ułatwią prowadzenie przynęty pomiędzy tym co gromadzi „podniesiona woda”.




Letni przybór – ten w mojej ocenie jest jeszcze lepszy niż wiosenny. W lecie, po ulewach, Wisłą płynie prawdziwa zupa. Szczególnie poniżej Sanu gdy ten dorzuci swoje kakao. Dla mnie to wręcz idealny moment na okonie. Znajduję szybko miejsce u ujścia jakiejś mniejszej rzeczki i łowię na samym ujściu. Doskonale widać różnicę w kolorze wody. Wisła wlecze kłęby mętnej wody i powoli wciska się w rzeczkę. Polecam wówczas łowienie na skraju wody brudnej i czystej. W takiej sytuacji raczej stosuję już plecionkę i ogólnie zapas mocy w dobranym zestawie. Często w takich miejscach uderzy boleń, szczupak a nawet sum. Nie ma sensu rezygnować z przyłowów szczególnie, że dziś chcemy raczej w ogóle łowić jakieś ryby. Nie zauważyłem też spadku ilości brań gdy łowię nieco „grubiej”. Przynęty to raczej jakieś małe kopytka, twistery no i oczywiście małe wirówki, to moja ulubiona broń.




Letnia niżówka – To jest okres kiedy łowię bardzo dużo okoni małych i bardzo mało dużych. To dziwna zależność ale tak już jest i mam na ten temat swoją teorię. Niska woda to łatwy dostęp do wszelkich rynien i dołków skrytych pod powierzchnią rzeki. Mały okoń łapczywie rzuca się na każdą podaną przynętę, nawet tę większą od siebie. Wystarczy znaleźć rynienkę o dość stromym spadku i obławiać przydenne partie. W takich sytuacjach na 20 rzutów nieraz złowię 15 okoni. Brzmi nieprawdopodobnie ale takie są fakty. Gdzie jest jednak ten duży okoń? Myślę, że jest w tych samych rynnach i dołkach. Nawet to wiem. Jest jednak bardzo wybredny. Śpi gdzieś przy dnie i nie interesują go moje przynęty. Zdarzają się na szczęście krótkie chwile gdy zaczyna odważniej żerować. Tuż po zachodzie, przez około pół godziny, duże sztuki zaczynają być aktywne. Woda wtedy może Wam dać nawet 3 czy 4 garby. Poniżej opiszę ciekawą przygodę niosącą olbrzymią ilość wniosków. Jestem nad wodą dość często w ciągu roku i w lipcu trafiłem na Świętego Grala okoniowych łowów. Lipcowym wieczorem stałem po kolana w wodzie i obławiałem rynienkę, w której mogło być jeszcze około 180 cm głębokości. Za plecami miałem stromy brzeg porośnięty trawami. Trafiłem na okres kiedy w tych trawach wylęgły się mrówki. Tak, chodzi o te duże ze skrzydłami. Masowo wpadały do wody i nęciły wszelki białoryb z ukleją na czele. Okoń wtedy dostał jakiegoś amoku. W 2 godziny złowiłem kilkadziesiąt sztuk przy czym przynajmniej połowa z przedziału 30 – 40 cm. Brały przy samej powierzchni na wszelkie przynęty. Obiecałem, że nazajutrz zabiorę brata i nauczę go łowić dorodne pasiaki. Kolejnego dnia nie było mrówek i nie było okoni. Byłem tam jeszcze kilka razy i trafiały się tylko pojedyncze egzemplarze. Zastanówmy się, warunki pogodowe takie same, woda taka sama, przynęty te same a ryby nie brały. Okoń na letnich niżówkach ma tylko króciutkie okresy kiedy żeruje. Do intensywnych brań mogą go jednak skłonić właśnie takie niecodzienne sytuacje. Latem dłubię bardzo delikatnie, podobnie jak na wiosnę, gdyż tak jak wspomniałem duży okoń jest i wybredny i ostrożny.




Jesień – to okres wszystkich drapieżników w tym okoni. Ja osobiście nie lubię wędkarskiej jesieni bo jest mało wymagająca. Oczywiście nie znaczy, że ryby łowią się same. O ładnego okonia wcale nie jest łatwo. Tyle, że łowienie jest takie metodyczne, żeby nie napisać nudne. Łowię znacznie grubiej niż latem. Plecionka, wolfram, większe gumki czy błystki. Oczywiście okoń trzyma się swoich ulubionych miejsc ale nie ma żadnych reguł albo ja ich nie odkryłem. Obławiam wszelkie rynny i dołki raz przy razu cierpliwie i metodycznie. Rzut za rzutem godzina za godziną. Co jakiś czas zostaję nagrodzony ładnym okoniem ale większą frajdę sprawia różnorodność łowów. Często trafia się szczupak, boleń a ostatnio nawet sandacz. Im bliżej zimy tym łowię głębiej lub blisko głębokich dołków, z których okoń wyskakuje jeszcze na płytsze wody coś przekąsić.

Kończąc nieśmiało zachęcam do wypuszczania okazów ale przede wszystkim do szanowania każdego okonia, nawet tego najmniejszego żeby nie wrócić do sytuacji sprzed 15 lat.