piątek, 25 czerwca 2021

Wędkarstwo z Pasją - dzień w którym zrobiłem magię!

Kilka lat temu trafiłem na ciekawy artykuł opisujący jak, w dość groteskowy sposób, schwytać małpę w lesie. Nie wiem czy w istocie jest skuteczny ale tak mi się spodobał, że postanowiłem go przytoczyć. Będzie dziś przydatny. Otóż, należy włożyć jabłko do dziupli w pniu drzewa. Jabłko powinno być na tyle duże żeby bez zbędnego luzu przechodziło przez otwór dziupli. Wówczas małpa chwyta jabłko dłonią i próbuje je wyjąć. Zwierzę ma nie lada kłopot bo o ile samo jabłko przechodzi przez otwór o tyle chwycone dłonią już nie. W chwili gdy nadchodzi myśliwy małpa zrywa się do ucieczki ale instynkt nakazuje uciekać wraz z jabłkiem. Niestety biedne zwierzę nie może wyjąć łapy z dziupli i w stresie szarpie się bezskutecznie…


Wędkarstwo z Pasją
Było już znacznie po godzinie 17:00 gdy po ciężkim dniu delegacji służbowej, stanąłem przy brzegu Wisły. Sam fakt, że musiałem wstać bladym świtem, pokonać 300 km, stawić się w pracy i oddać obowiązkom zawodowym na około 8 godzin, był mocno wyczerpujący. Do tego ten upał i parne powietrze zwiastujące burzę sprawiały, że szukałem tyłkiem jakiegoś wygodnego kamienia w cieniu wierzby, by usiąść i spokojnie obserwować wodę. Zauważyłem, że przy kamienistej podwodnej rafie, żerował intensywnie boleń. Woda w tym miejscu miała około 80 cm głębokości a znaczny jej uciąg, tworzył ciekawy wędkarsko „warkocz”. Doskonałe warunki bytowania klenia i bolenia, szczególnie w tak upalne dni. Zawsze, w bagażniku, wożę ze sobą wędkę i pudełko przynęt spinningowych. Chcę być gotowym na takie chwile jak ta. Tym razem przezornie spakowałem też spodnie i koszulkę wędkarską żeby nie łowić w marynarce, koszuli i lakierkach tak jak ostatnio, na Bugu. Nie minął kwadrans i stałem gotów do wykonania pierwszego rzutu. Tylko z butami coś poszło nie tak, bo tych na zmianę nie spakowałem ale lakierki naprawdę pięknie dopełniały całości ubioru.

Kilka słów o sprzęcie, bo to będzie istotne w zasadniczym momencie robienia magii… Miałem ze sobą naprawdę delikatny zestaw. Wędzisko o cw. 2 - 12 gram, żyłka 0,14mm i 15cm przypon o wytrzymałości 2,5 kg (najcieńszy jaki można dostać w przeciętnym sklepie wędkarskim). Na końcu zestawu obrotówka nr 2, na którą ostatnio złowiłem kilka dorodnych boleni. Wolframowy przypon zastosowałem tylko dlatego, że po obu stronach warkocza tworzyły się „wsteczniaki „ z leniwą wodą. To z kolei miejsce szczupaka. Nie chciałem ryzykować obcięcia żyłki i zakolczykowania wirówką jakiegoś kaczodziobego. Wykonałem kilka kontrolnych rzutów a boleń przesunął się za warkocz, żerował w miejscu, które mogłem sięgnąć przynętą. Wykonałem więc rzut w poprzek warkocza tak, że obrotówka wpadła metr za nim, do spokojnej wody. Zdążyłem trzy razy obrócić korbką kołowrotka i trach…

Nastąpiło energiczne branie - mam Cię bolku – pomyślałem. Ryba jednostajnym tempem rusza niczym lokomotywa z nurtem, w dół rzeki. Zobaczyłem, że po drugiej stronie formują się złowrogie burzowe chmury. Zignorowałem to jednak i skupiłem się na rybie. Byłem przekonany, że to boleń ale przeszyło mnie takie uczucie, które towarzyszy mi tylko wtedy gdy na przynęcie uwiesi się konkretny sum - zwykła niemoc. Ale wciąż obstawiałem rapę bo sum w takiej chwili sadzi potężne „kopniaki” znamienne tylko dla niego. Odjazd nie chce się skończyć a z kołowrotka wyjechało już około 80 metrów żyłki. Ja dalej nic nie mogę zrobić poza czekaniem. Przeciwnik nareszcie przystanął, zawrócił i podobnym, niezbyt szybkim tempem jedzie w moją stronę. Co to ma być? Jeśli boleń to rekordowy chociaż na rozkładzie miałem już niezłe sztuki. Odzyskuję 40 metrów żyłki i ryba znów stawia opór. Nagle czuję na wędce silne „kopniaki”. Ty wąsata, podstępna bestio – wymamrotałem. Tak potrafi tylko sum. Chyba dopiero w tej chwili zorientował się, że coś jest nie tak. Ja mam duszę na ramieniu, ciśnienie 260/120, puls jak u naszych reprezentantów w 90 minucie w meczu z Hiszpanią a ten dopiero się zorientował, że tu się odbywa hol! Kołowrotek od tej chwili już nie grał melodii on przeraźliwie jęczał i trzeszczał a ryba wybierała kolejne metry. Hamulec leciutko dokręcam ale z wyczuciem, bo mam uczucie jakbym w ręce trzymał wierzbową witkę a nie wędkę a żyłka o grubości 0.14mm to jakby pajęcza nić. Siłę hamulca regulowałem już tylko lekko dociskając palec do szpuli aby starać się wywrzeć na rybie jakiekolwiek wrażenie. Kończy się drugi odjazd gdzieś na setnym metrze. Sum znów tłucze ogonem w żyłkę ale nic nie może zrobić ponieważ moja witka i 100 metrów rozciągliwej żyłki skutecznie amortyzują każde uderzenie. Pojawia się nadzieja, że dzięki temu nie urwie żyłki. Wciąż jednak nie rozumiem dlaczego jeszcze nie przetarł przyponu. Prawdopodobnie zapiął się jakoś szczęśliwie dla mnie. Inaczej jednym kłapnięciem szczęki zerwał by przypon. „Hol” trwa już około 15 minut a ja wciąż nie mam żadnej władzy nad rybą. Totalna niemoc i czekanie. Wąsaty jednak przystanął w miejscu. Chyba zakotwiczył się w jakimś dołku bo już ani nie „kopie” ani nie odjeżdża. Czyżby odpoczywał? Ryba równie dobrze może mieć 90 cm jak i 2 metry. Tego się nie da na razie oszacować.

Teraz się czuję jakby po drugiej stronie zestawu był worek cementu. Zaczynam kombinować i szacować szanse. Strzeliłem dwa razy z żyłki by ruszyć rybę z dna. Udało się za drugim razem ale szybko się przekonałem, że to był zły pomysł. Lokomotywa rusza dalej a kołowrotek piszczy oddając żyłkę. Widzę, że kończy się zapas żyłki na kołowrotku a miałem 150 metrów. Opatrzność Boska sprawiła, że zastosowałem pod żyłką podkład z plecionki i połączyłem obie linki solidnym węzłem. Ryba zaczyna wybierać już plecionkę a więc jest ponad 150 metrów ode mnie. Ale znów zwalnia. Dokręcam odrobinę hamulec bo wiem, że na kolejny odjazd nie wystarczy linki i wtedy po zawodach. Zaprosił mnie na wycieczkę w dół rzeki ale niestety nie mogłem ruszyć za nim. Poniżej mnie, Wisłę od brzegu oddzielał pas przywodnych wierzb. Sum na moje szczęście zawraca i pozwala odzyskiwać linkę. Ewidentnie mi daje fory bo skracam dystans niemal o połowę. Czuję, że płynie wolno w stronę brzegu ale wciąż jakieś 80 metrów ode mnie. Gdzieś, gdzie kończy się rząd wspomnianych wierzb. Chwyciłem za telefon by skupić się na czymś i nie pozwolić na fałszywy ruch. W takiej chwili warto do kogoś zadzwonić i ochłonąć. Każda decyzja musi być chłodna a działanie precyzyjne. Tylko wtedy mam jakiekolwiek szanse. Uciąłem sobie krótką pogawędkę z Kubą i dałem mu posłuchać trzeszczącego kołowrotka. To był dobry pomysł. Kuba twierdzi, że mam szanse. Być może to tylko kurtuazja ale wlewa otuchy. W międzyczasie ryba utkwiła w punkcie całkiem blisko brzegu. Niestety jakieś 80 metrów ode mnie a ja nie mam jak podejść. Usiadłem na kamieniu i lekko pompuję wędką. Tym razem ani strzelanie z żyłki ani próba pompowania nic nie daje.

Podeszło do mnie dwóch kibiców i widząc moje zakłopotanie pytają czy mam zaczep czy to ryba. Odpowiedziałem, że ryba ale nie dali od razu wiary bo ja siedziałem spokojnie na kamieniu i tylko kontrolowałem naciąg żyłki. Pogadaliśmy sobie, opowiedziałem historię i koledzy widząc, że burza dociera już do przeciwległego brzegu Wisły stwierdzili , że jeśli nawet tam jest ryba to poszła w zawadę i nie mam żadnych szans z tą żyłeczką. Nawet jeśli sum nie ma więcej niż 80 cm. Nie dodali mi otuchy ale tym razem bardziej zaczęła mnie niepokoić zbliżająca się burza, rzucając co chwilę błyskawicami relacji chmura – ziemia.

Burza jeszcze za Wisłą

Jako samozwańczy łowca burz i fanatyk podobnych zjawisk pogodowych, wiem jak groźne są wyładowanie doziemne szczególnie, że znajdowałem się obok wysokiej wierzby. Hol trwał już około godzinę, ryba od kilkunastu minut tkwi w jednym miejscu, po drugim brzegu szaleje burza a ja sam z rybą, która przeraża swą siłą. Zadzwoniłem do Kuby po raz drugi ponieważ jednym sensownym rozwiązaniem było rwanie żyłki. Mówię, że to raczej koniec naświetlając sytuację. Gruby jednak mówi , że mam szanse dopóki piłka w grze… Powiedział, że kolejny raz mam zadzwonić jak ryba będzie na brzegu. Ma rację – pomyślałem. Deszcz i wiatr jakość wytrzymam byle by mnie ten piorun nie usmażył. Oszacowałem, że mam jakiś kwadrans, może 20 minut, jeśli Wisła odrobinę spowolni żywioł, do uderzenia chmury czołowej. Jest odrobinę czasu ale muszę jednocześnie zadbać o własne bezpieczeństwo i wymyślić jak kontynuować hol. Była tylko jedna możliwość. Zdjąłem buty, spodnie i skarpety. Wyjąłem telefon i dokumenty z kieszeni i ruszyłem w stronę ryby, wodą. Z mozołem pokonywałem kolejne metry upewniając się, że kolejny krok nie będzie zdradziecki. Pod nogami czułem warstwę mułu i zatopione konary. Wolałbym piach ale nie czas na marudzenie. W jednej ręce wędka w drugiej kij, którym sprawdzałem grunt. Krok po kroku zbliżam się do ryby. Minąłem powoli rząd wierzb. Byłem skupiony na stawianiu kolejnych kroków jednocześnie kontrolując naciąg żyłki. Ryba ani drgnęła przez cały czas. Albo tkwi w jamie albo poszła w zawadę i nie ma jej już nawet na haku. Czuję jak zimny wiatr uderza we mnie i rząd wierzb. Sypnęło gałęziami a grube, zimne krople deszczu spadały mi na plecy. Na szczęście minąłem już wierzby i miałem je jakieś 15 metrów za sobą. W tej chwili były one naturalnym piorunochronem a to pozwalało mi zachować zimną krew i odrobinę spokoju. Nagle spostrzegłem jaskrawe światło i piorun grzmotnął o ziemię po drugiej stronie Wisły. 

 

Ziemia zadrżała! Miałem zerwać żyłkę i schronić się gdzieś na brzegu. Wiedziałem, że w wodzie nie jestem bezpieczny. Huk obudził też mojego przyjaciela, który znów ruszył na środek rzeki. W tej chwili wiedziałem, że ryba wciąż jest ze mną. Poczułem się jak ta małpa z jabłkiem w ręce. Dokładnie tak samo, ja trzymałem wędkę i nie chciałem jej wypuścić. Z jednej strony szalejąca burza i strach a z drugiej instynkt łowcy. Rozsądku próżno szukać! - Nie odpuszczam! Boże dopomóż! ale nie odpuszczam. – mamrotałem. Wyszedłem z wody i kucnąłem na kamieniu trzymając wędkę w ręce. Przypomniałem sobie, że 80 metrów w górę rzeki został mój telefon i dokumenty. - Niech to szlag!! Przemokną! – zakląłem. Zakotwiczyłem wędkę. Ryba stała w miejscu i liczyłem, że tak pozostanie kilka chwil. Ruszyłem sprintem po telefon i garderobę. Założyłem spodnie i wróciłem na stanowisko. Na mój kamień, na którym czułem się ciut bezpieczniej. Burza już szalała nade mną ale deszcz nie był aż tak intensywny. Wiatr jednak miotał wierzbami, sypiąc na ziemię kolejne gałęzie. O dziwo, podholowałem rybę na jakieś 6 metrów ode mnie. Widziałem, że kładzie się na piachu na dnie i nie pozwala na dalszy hol. Wiedziałem, że z uwagi na gabaryty nie podholuję jej bliżej. Podbieranie musi nastąpić w wodzie. Wszedłem do wody i zbliżyłem się do suma. Zauważyłem, że zapięty jest za sam czubek górnej szczęki. To dlatego nie przetarł przyponu. Przynęta utkwiła poza zasięgiem jego bogatego uzębienia. Ryba na mój widok znów odjechała na 20 metrów. Wciąż jest bardzo silna. Wyskoczyłem więc na swój kamień i kontynuowałem hol. Kolejna próba podebrania jest kwestią chwili. Wchodzę do wody i mam rybę w zasięgu ręki. Daję lekkiego liścia w kark. Sum zrywa się do kolejnego odjazdu a ja znów wyskakują na swój kamień. Zrobiło się całkiem ciemno chociaż jeszcze nie powinno. Tylko pioruny rozświetlały okolicę. Zdjąłem z siebie przemoczoną koszulkę owinąłem dłoń i przystąpiłem do kolejnego podbierania. Wszedłem do wody jednocześnie przyciągając rybę do siebie. Widzę to wielkie, przebrzydłe japsko, do którego muszę teraz jednym sprawnym ruchem włożyć rękę. Muszę to zrobić tak żeby mnie nie haratnął zębami ani tkwiącą w górnej wardze, kotwicą mojej przynęty. Chwyciłem bestię za dolną szczękę. Rzuciła się do kolejnej ucieczki ale chwyt był pewny. Mam Cię bestio!!!

 

Zauważyłem, że poprzez Wisłę w moją stronę przesuwa się ściana deszczu. Wyjąłem rybę na brzeg , wyhaczyłem, zrobiłem fotkę z samowyzwalacza i postanowiłem uwolnić okaz. Trochę żałowałem, że nie będzie sesji fotograficznej i ceremonialnego mierzenia ale z szacunku do ryby nie chciałem jej męczyć na smyczy, do czasu aż burza minie. Jeszcze całus na do widzenia i ryba leniwie odpłynęła machając mi ogonem. Burzę przeczekałem bezpiecznie w samochodzie ciężko sapiąc i dysząc z emocji. Takich ryb nie łowi się codziennie na żyłkę, nieznacznie grubszą od pajęczej nici. To była prawdziwa magia! To było wędkarstwo z pasją!

2 komentarze:

  1. Super artykuł. Czekam na kolejny.

    OdpowiedzUsuń
  2. powiem Ci, że są emocje już podczas samego czytania...

    OdpowiedzUsuń