Wiślane płocie oraz płomiennica zimowa i odwar z sosny

Każdy, z nas wędkarzy, ma swój kalendarz wędkarski i myślę, że w każdym z tych kalendarzy jest data otwierająca sezon. Jedni z nas otwierają wiosną, wielu pierwszego maja, ale są i tacy, którzy sezon zamykają 31 grudnia, by otworzyć 1 stycznia. Tak czy inaczej organizujemy mniej lub bardziej uroczyste otwarcie. Poniżej kilka zdań na temat tego, jak sezon wędkarski  na rok 2022, otwierał Team Wędkarstwo z Pasją.

Niestety w skromnym składzie, ale już drugiego stycznia, z Jakubem przywitaliśmy rok 2022 w wędkarsko-survivalowym wydaniu. Decyzja o tym, że wydarzy się to już na samym początku roku była podyktowana  wędkarskim nałogiem i całkiem przyzwoitą pogodą.  O godzinie 9:00 a więc i wyspani i wypoczęci po noworocznym szaleństwie, wysiedliśmy z auta jakieś 2 km od wcześniej ustalonego łowiska. Chociaż styczniowy dzień jest dość krótki to do zmierzchu czekało nas około 7 godzin obcowania z nadwiślańską przyrodą.  

Flammulina velutipes

Nadrzędne cele otwarcia sezonu były dwa. Po pierwsze złowić jakąkolwiek rybę a po drugie znaleźć cokolwiek do jedzenia ponieważ obaj ruszyliśmy na wyprawę bez śniadania. Zabieg był celowy. To w zasadzie staje się już u nas tradycją, że bierzemy ze sobą minimum prowiantu a raczymy się tym co serwuje natura. Już od kilku lat nasze wędkarskie wyprawy nabierają cech survivalowych. 

Niosąc sprzęt wędkarski poprzez błotniste, polne i leśne drożyny, nieprzejezdne dla przeciętnego auta, rozglądaliśmy się nad czymś co nadaje się do zjedzenia.  Niestety, jak się pewnie słusznie domyślacie, styczeń nie miał wiele do zaoferowania. Oczywiście zawsze można zjeść złowioną rybę ale jako zwolennicy C&R do takiego rozwiązania uciekamy się w ostateczności. Poza tym, wędkarska wyprawa w styczniu nad Wisłę nie gwarantowała obfitych połowów. Liczyliśmy się z tym, że powrót może nastąpić o przysłowiowym „kiju”.

- No to mamy to po co przyjechaliśmy – rzuciłem z entuzjazmem do Kuby.

- coś czuję, że dziś dostaniemy nawet odrobinę więcej. Na samą myśl robię się głodny – odparł.

Zaiste, dookoła nie było nic czym można się by było najeść, ba co można by było włożyć do ust. Przechodziliśmy akurat obok powalonej chociaż młodej sosny, bogatej w igliwie. Spojrzeliśmy jednocześnie na nią i Gruby skinieniem głowy w jej kierunku, dał znak. Urwałem jedną gałązkę obfitującą w długie i zielone igły i wrzuciłem sobie do ekwipunku. Utwierdziłem się w przekonaniu, że nie będzie żartów z tym jedzeniem bo jeśli igły sosny miały być alternatywą dla ryb to nie wróżyło specjalnej wyżerki. Kolejne kroki pokonywaliśmy w milczeniu zbliżając się do celu. W pewnej chwili Kuba zatrzymał się i podszedł do próchniejącej, zwalonej wierzby. Wyjął nożyk i zaczął zbierać i wkładać do swojej niebieskiej miseczki jakieś dziwne grzyby. 

Płomiennica zimowa

- Co zamierzasz robić z tymi betkami? – zapytałem.

- Jeść – skwitował krótko.

- To ja wolę swoje sosnowe igły  - pomyślałem.

- A poza tym to nie betki tylko płomiennica zimowa – dodał po chwili.

 

I co mi ma powiedzieć nazwa płomiennica zimowa? Wówczas powiedziała mi mniej więcej tyle co większości z Was – jakieś zimowe grzyby i tyle. Ponieważ Gruby zna się znacznie lepiej ode mnie na grzybach i roślinach to postanowiłem mu zaufać i pomogłem zbierać. Po drodze znaleźliśmy jeszcze kilka pni porośniętych niewielkimi kępkami płomiennicy. Mieliśmy już całkiem sporo tych grzybów ale przecież z czymś je trzeba będzie jeść. Docierając już nad samą wodę spostrzegłem, że spod wierzbowych liści grubo usłanych na ziemi, przebija się kępa młodziutkich pokrzyw. Warstwa liści spowodowała, że nie przemarzły a kilka dni odwilży wystarczyło by się „smakowicie” zazieleniły. Urwałem kilka sztuk.

Pokrzywa

Dotarliśmy na miejsce i rozłożyliśmy prowizoryczny obóz. Rozrobiliśmy zanętę i przystąpiliśmy do wędkowania. Za metodę obraliśmy delikatny grunt. Po chwili cztery pickery od Robinsona (Stinger Picker) stały oparte o podpórki. Nastąpiło badanie wody i szukanie jakiegoś kontaktu z rybami. Niestety, brań nie było i żadnych oznak życia na wodzie również. Ołowiane tony wody przelewały się leniwie w zimowym, ospałym rytmie. Nawet orzeł bielik, który patrolował brzegi rzeki, sprawiał wrażenie flegmatycznego stworzenia, wykonując powolne ruchy skrzydłami. Jakby od niechcenia. Tylko jakaś magiczna siła sprawiała, że ta leniwa acz obszerna praca skrzydeł pozwalała mu utrzymać pożądany pułap. Kaczki krzyżówki spłoszyły się z wrzaskiem i skryły w gęstych zaroślach i nawisach traw porastających brzegi niewielkiego dopływu Wisły.  To był w zasadzie jedyny ruch na wodzie. Czas płynął a szczytówki wędek ani drgnęły. Pozostawało napawać się urokami zimowej nadwiślańskiej przyrody. Jakieś 400 metrów w górę Wisły, spostrzegłem czaplę białą stojącą na płyciźnie. – Czego Ty w tej studni „głupi” ptaku szukasz? – zapytałem w myślach.  Tymczasem odpowiedź nastąpiła natychmiast. Czapla zgrabnym ruchem wyłowiła niewielką rybę i z podobnym wdziękiem połknęła zdobycz.

- Gruby! Za głęboko łowimy! – stwierdziłem po krótkiej dedukcji.

- Zima jest to chyba dobrze, że łowimy głęboko, co? – zapytał retorycznie.

- Niby tak, ale ta czapla łowi płytko – pokazałem czaplę palcem.

Trzeba spróbować. Przerzuciliśmy zestawy na metrową rynnę wyprowadzającą wodę z dopływu do Wisły. O dziwo po kilku chwilach nastąpiły pierwsze brania a wraz z braniami pierwsze zimowe płocie. Sezon wędkarski 2022 otwarty!!! – pomyślałem tryumfalnie. 

Wiślane płocie chociaż nie rekordowe to całkiem przyzwoitych rozmiarów brały przez około godzinę w miarę regularnie. Następnie brania ustały. To był czas na przygotowanie jakiegoś posiłku gdyż w brzuchach już nam solidnie burczało.  W ekspresowym tempie przygotowaliśmy opał i wybudowaliśmy płytę kuchenną z dwóch płaskich kamieni. Do tego deska do krojenia z kawałka drewnianego „klocka” wyrzuconego przez Wisłę i kuchnia gotowa. Jakub niosąc suche trawy na rozpałkę przyniósł jeszcze garść dorodnych owoców dzikiej róży. Rozpalając ogień powiedziałem do Kuby by poszedł sprawić ze 3 płocie do tych wiktuałów, które udało nam się pozyskać. Uśmiechnął się tylko, po czym wyjął z plecaka 6 kurzych jaj i kostkę wędzonej słoninki. 

- Ryby wracają do wody mięsiarzu – zadecydował. Ucieszyłem się bo byłem bardzo głodny a wiślane, zimowe płocie z otwarcia sezonu zasługiwały na wolność. Naszym teamowym Makłowiczem zwykle jest Wiktor ale jeśli tylko go nie ma na wyprawie, wówczas ja przejmuję te naprawdę przyjemne obowiązki.  Po kilku chwilach raczyliśmy się jajecznicą na płomiennicy zimowej, tu i ówdzie przyodzianą siekanymi liśćmi młodziutkiej pokrzywy, w miejsce szczypiorku. Wszystko duszone na odrobinie tłuszczu z wytopionej, wędzonej słoninki.

 Do tego odwar z igieł sosny i owoców dzikiej róży dopełniał prawdziwego kuchennego dzieła. Igły sosny i owoce dzikiej róży to prawdziwa skarbnica witamin szczególnie witaminy C tak potrzebnej w zimowe krótkie dni. Najlepszą przyprawą był chyba jednak głód bo jajecznica znikła w kilka chwil. Po naprawdę pysznym i dość sytym posiłku oddaliśmy się wędkowaniu. Kolejne dwie godziny dały nam jeszcze po kilka wiślanych płoci. Zastanawialiśmy się z Kubą dlaczego te płocie żerowały akurat w tym miejscu. Dokładnie rok temu łowiliśmy je na głęboczce w leniwym wstecznym nurcie. Dziś nie było tam ani jednej sztuki a nawet jeśli była to nie zainteresowana przynętą. Myślę, że nie bez znaczenia był fakt, że ostatnie dni przyniosły wyczuwalne ciepło szczególnie jak na styczeń a ponadto woda na Wiśle zaczynała dość gwałtownie przybierać. Niemal każdy przybór wody wyzwala w rybach instynkt łowcy i te ruszają na płytsze wody szukać pożywienia.

Odwar z sosny

Cenię sobie takie rozpoczęcie sezonu gdzie oprócz aspektów czysto wędkarskich pojawia się obcowanie z surową zimową przyrodą, obserwowanie i wsłuchiwanie się w naturę( gdyby nie czapla pewnie bylibyśmy na zero), dbanie o naturę szanowanie i jednoczesne korzystanie z jej darów (płomiennica zimowa, napar z igieł sosny, owoce dzikiej róży etc). To wszystko sprawia, że nasze wędkarstwo jest ciekawsze, lepiej rozumiane.  Jeszcze dogłębniej przeżywane i jeszcze mocniej uzależniające - wędkarstwo z pasją. Kończąc, życzę Wam wszystkim czystych i rybnych wód, pasji i radości w każdej wyprawie wędkarskiej, wielu przemyśleń i ciekawych wniosków wędkarskich oraz wspaniałych okazów na nowy sezon 2022r.

Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny opis "wypadu". Oczywiście nasze hobby to nie tylko próba przechytrzenia ryb, ale też cała otoczka. Przyroda, wtopinie się w nią. Obcowanie z naturą. I to co Wy zrobiliście i za co podziwiam korzystanie z darów natury. Za to szacunek. Super. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajny opis "wypadu". Oczywiście nasze hobby to nie tylko próba przechytrzenia ryb, ale też cała otoczka. Przyroda, wtopinie się w nią. Obcowanie z naturą. I to co Wy zrobiliście i za co podziwiam korzystanie z darów natury. Za to szacunek. Super. Pozdrawiam
    Marcin Sław

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki Wielkie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za piękny opis natury, dla mnie jednak dopełnieniem symbiozy człowieka z przyrodą byłoby zjedzenie tych plotek zamiast jajecznicy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za uznanie. Co do płoci to masz absolutnie rację i gdyby nie jajka w plecaku to na patelni były by płocie. Nie można się dać zwariować.

      Usuń
  6. Opis niczym z bajki, i nie bez powodu używam słowa z bajki... Gdyż moja jak i moich znajomych wyprawa nad Wisłę skończyła się zaraz za wałem na płocie kolczastym i gdzie po chwili pojawił się agresywnie nastawiony rolnik który delikatnie mówiąc nas wygonił twierdząc, że to jego ziemia i wynocha. Oto rzeczywistości nadwiślańska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety takie obrazki skutecznie zniechęcają do kolejnych wypraw ale nie można się poddawać. Jeden agresywny rolnik nie może terroryzować odpoczynku na świeżym powietrzu.

      Usuń

Prześlij komentarz