Lasy Finlandii - bezpiecznie do celu

Lasy Finlandii

 Finlandia to jedno z najbardziej zalesionych państw Europy. Lasy pokrywają niemal 70% powierzchni kraju a to stanowi około 232 550 km2. Żeby było jeszcze mroczniej to powierzchnia lasów bagiennych stanowi aż 34% co daje ponad 9 milionów hektarów bagien. Zdarza się przecież, że nawet w polskich lasach dochodzi do zaginięć nawet ze skutkiem śmiertelnym. Łatwo więc sobie wyobrazić, że lasy w Finlandii oprócz tego że są przepiękne to stanowią realne zagrożenie dla nieostrożnych turystów. Kwestia bezpieczeństwa w lesie była już wiele razy poruszana i myślę, że każdy kto naprawdę będzie chciał, znajdzie wartościowe materiały w tym temacie. Chciałbym jednak wrócić wspomnieniami do jednego incydentu, który przydarzył się  nam w głębokim lesie.

To był dzień przyjazdu do Finlandii. Gdy tylko wynajęliśmy auto na lotnisku w Helsinkach, nastawiliśmy nawigację na punkt w środku gigantycznego lasu środkowej Finlandii, na północ od Tampere. Do pokonania mieliśmy prawie 300 km. To z kolei około 3 godziny jazdy do celu. Im bliżej celu tym Finlandia mocniej kusiła swymi urokliwymi lasami, licznymi jeziorami i krajobrazem. Ostatnie kilkadziesiąt minut drogi pokonaliśmy jadąc leśnymi drożynami. Można sobie tylko wyobrazić jak gigantyczne są tam lasy i zagubienie drogi mogłoby nieść poważne konsekwencje. To jednak teoria. My byliśmy tak zachwyceni i tak spragnieni wędkarstwa, że kwestie bezpieczeństwa na tą chwilę nie odgrywały pierwszoplanowej roli. 


Zaparkowaliśmy auto, ponieważ dalej jechać już się nie dało. Nie mniej od rzeki, nad którą mieliśmy rozbić obóz dzieliło nas jeszcze kilkadziesiąt minut marszu przez las. Ponieważ była godzina 17:30 a my mieliśmy rzekę na południowy wschód to słońce było dokładnie za nami i to ono miało wyznaczyć drogę powrotu. Pierwszy zwiad poszedł jak należy. Trafiliśmy bezbłędnie nad rzekę. Wytypowaliśmy miejsce na biwak i jak po sznurku wróciliśmy do auta. Byliśmy wręcz zauroczeni miejscem a emocje, właśnie rozpoczynającą się przygodą, sięgały zenitu. Postanowiliśmy zrobić jeszcze jedno rozpoznanie i dotrzeć w miejsce ujścia rzeki do jeziora. Ta wyprawa wymagała już odrobinę przygotowania ponieważ do ujścia mieliśmy kilka kilometrów w linii prostej. Najbezpieczniej byłoby udać się znów do rzeki i rzeką w dół aż do jeziora. To jednak tylko teoria, ponieważ nie znaliśmy linii brzegowej na całej długości a liczne bagna wzbudzały wątpliwość w powodzenie. Druga opcja była taka by cofnąć się drogą kilka km a następnie pokonać kilka kolejnych na przełaj przez las. Tak przynajmniej wynikało z GPS’a. Pierwszą opcję odrzuciliśmy zgodnie, gdyż wymagała by założenia woderów na wypadek podmokłych brzegów rzeki. 


Zanim ruszyliśmy leśną dróżką, spakowałem do plecaka kilka rzeczy pierwszej potrzeby. Ponieważ jestem cukrzykiem z ćwierć-wiecznym stażem, nie mogłem się ruszyć bez glukozy, insuliny i glukometru. Dodatkowo wrzuciłem powerbank i coś do picia. Po kilku kilometrach wędrówki wzdłuż drogi, skręciliśmy na wschód w taki sposób, że słońce oświetlało nam plecy. Podobnie jak za pierwszym razem miało wyznaczać azymut drogi powrotnej. Idąc przez las staraliśmy się zapamiętywać charakterystyczne obiekty. Mijaliśmy zwalone drzewa, gigantyczne mrowiska aż doszliśmy do starego, zdezelowanego paśnika dla zwierząt. 

Mrowisko
Mrowisko

Widać było, że już go nikt nie odwiedzał kilka może kilkadziesiąt lat. Zatrzymaliśmy się na chwilę ażeby rzucić okiem na GPS i dostosować kierunek marszu. Od jeziora, wg mapy, dzieliło nas jakieś 1,5 km w linii prostej z tym, że musieliśmy odbić lekko na południe. Las stawał się coraz bardziej podmokły i co chwilę musieliśmy zmieniać kierunek marszu. Dodatkowo GPS przestał właściwie działać i nie do końca można mu było zaufać. Byliśmy już jednak bardzo blisko. Gruby spostrzegł, że przez drzewa prześwituje błękit nieba. Był to błękit nad jeziorem. Udało nam się dostać w pobliże ujścia skacząc po kępach traw. Widok był przecudny. Zalane łąki, nieregularna linia brzegowa jeziora, mokradła, mgły nad bagnami i to wszystko lekko trącone ostatnimi promieniami słońca. To można albo zobaczyć albo sobie wyobrazić. Jak to mawiał dziadek. „Na to ni ma łopisunku”. 

Zeszłoroczna żurawina

Nie mieliśmy nawet czasu na zdjęcia ponieważ słońce miało wyznaczać drogę powrotną a to właśnie zbliżało się do horyzontu. W lesie było już niemal niedostrzegalne. Ruszyliśmy więc w drogę powrotną kierując się zdobytą wiedzą, obserwacjami i przeczuciem. Przedostaliśmy się przez podmokły brzozowy las i łapiąc ostatnie promienie słońca kierowaliśmy się w miejsce wspomnianego paśnika. Po kilkunastu minutach marszu obaj uznaliśmy, że już powinien się nam objawić. Ale niestety było inaczej. Literatura nakazuje w takiej chwili się zatrzymać, rozejrzeć, zastanowić i podjąć decyzję. Ale ile byśmy nie myśleli, obaj byliśmy przekonani, że nawet jeśli lekko chybiliśmy z planem to nieznacznie. Kuba zerknął na GPS i ten niestety uważał zupełnie co innego. Pokazał, że jesteśmy jakiś kilometr na północ od paśnika. Nie daliśmy temu do końca wiary ale nigdzie w pobliżu nie było cholernego paśnika a powinien być. GPS cały czas swoje. Zapamiętaliśmy położenie i postanowiliśmy sprawdzić wskazania z GPS’a. Im bardziej mu ufaliśmy tym bardziej droga wydawała się znajoma. Niestety do czasu. GPS uznał, że wcześniej byliśmy tuż przy paśniku a teraz to poszliśmy niemal w przeciwnym kierunku. Rozumiecie? Po prostu zmienił zdanie… Szlag, zgubił się całkiem my niestety też. 

Bagna Finlandii
Bagna Finlandii

W lesie zrobiła się już szarówka a telefon Kuby zaczął dawać sygnał, że bateria jest na wyczerpaniu. Dodatkowo ja poczułem zmęczenie, oczywiście mogło ono wynikać z długiej wędrówki ale glukometr wskazał, że chodzi o hipoglikemię. Zatrzymaliśmy się, usiedliśmy, ja przyjąłem dwie dawki glukozy i podałem Grubemu powerbank. Telefon się ładował ale marna była z niego pociecha dopóki GPS nie działał. Chociaż szarówka nie była naszym sprzymierzeńcem to na całe szczęście ciemna noc na tej szerokości geograficznej nam nie groziła. Postanowiliśmy zaufać już tylko swojej intuicji i doświadczeniu w poruszaniu się lasem.  Było już po 22:00. Pozbieraliśmy myśli i postanowiliśmy wrócić w miejsce gdzie przynajmniej teoretycznie miał stać paśnik. Stamtąd najwyżej pójdziemy nad rzekę i brzegiem trafimy do auta stosując odwrócony plan „A”. To wydłuży powrót ale gwarantuje noc w aucie a nie w dzikim lesie. Poza tym należy tu dodać, że chociaż za dnia było 20 stopni na plusie to noc zapowiadała się z przymrozkiem. 

Las na lesie

Ruszyliśmy więc ale znów jakieś dziwy. Nagle przed nami wyrosły jakieś bagna. Gruby przezornie zrobił zrzut mapy najbliższej okolicy, w chwili gdy GPS jeszcze cokolwiek działał. Terenowa mapa faktycznie wskazywała ich obecność. Zgodnie uznaliśmy, że musimy je obejść od północnej strony i gdzieś tam szukać paśnika. Krok po kroku z wielką uwagą i już bez najmniejszego rozkojarzenia kontynuowaliśmy marsz. Zrobiło się nam całkiem zimno a na dodatek ja miałem mokro w butach przez te nieznośne bagna. Jak tu iść zgodnie z planem skoro trzeba co chwilę szukać nowej drogi bo wybrana okazuje się przez bagna donikąd? Udało nam się pokonać podmokły, grząski teren i trafiliśmy w miejsce gdzie zgubiliśmy się po raz pierwszy. Tu gdzie miał być paśnik. Wiecie co?  Był, po prostu stał jak gdyby nigdy nic. Nie wiem jakim cudem go przedtem przeoczyliśmy. Co ciekawe GPS zaczął normalnie nadawać. Więc już bez większego trudu dotarliśmy z powrotem do auta.
Nie ma innego wyjaśnienia jak to, że magiczne lasy Finlandii postanowiły pierwszego dnia dać nam prawdziwą nauczkę. No bo jak wyjaśnić fakt, że najpierw zniknął „nasz” paśnik? Jak wytłumaczyć, że GPS zaczął zmieniać zdanie aż całkiem się zgubił? Jak wreszcie wytłumaczyć, że takich dwóch fachowców choćby na chwilę zgubiło drogę?

Teraz mogę sobie z tego żartować ale wyobraźcie sobie, że wkoło nas były setki hektarów dzikich lasów z dużymi bagnistymi obszarami. W tych lasach można by błądzić do końca życia i niestety wcale długo nie musiało by to trwać z uwagi na mroźne noce…

Kilka wskazówek, których nauczyły nas lasy Finlandii:

Kierunek na słońce

– w Finlandii jest trochę inaczej niż w Polsce. Pamiętajcie, że tam słońce w maju zachodzi na ledwie 3 godziny a tak to krąży wokół Ciebie. Jeśli kierujesz się na zachodzące słońce w Polsce to idziesz niemal po linii prostej, w Finlandii idąc „prosto” na  zachodzące słońce idziesz po łuku. Niepozorne kilkadziesiąt minut a zmienisz kurs o kilka stopni i to wystarczy, żeby zniknął paśnik…

Mijanie przeszkód

– w lasach o trudnej trasie gdzie co chwilę musisz mijać drzewo, skałę, bagno etc. musisz zastosować zasadę, że każdą kolejną przeszkodę mijasz z innej strony. Jeśli wszystkie przeszkody będziesz mijał z jednej strony to znów nici z marszu na wprost. Po prostu będzie Cię znosić na jedną stronę.

Mech

– o ile w Polsce przy odrobinie wprawy oszacujesz po mchu gdzie jest południe a gdzie północ o tyle w Finlandii nic z tego. Tam mech jest wszędzie, dookoła każdego drzewa a do tego masa porostów. Gigantyczna wilgotność lasów i fakt, że ponad 20 godzin jest całkiem widno powoduje, że oszacowanie północy po mchach jest prawdopodobnie niemożliwe.

GPS

– jak już wiecie zmienia zdanie ale to zarówno w Polsce jak i wszędzie indziej. Warto sobie zgrać mapę i zaznaczyć kierunki. 

Pamiętajcie, że zbaczanie ze szlaków nawet w Polskich lasach jest bardzo niebezpieczne. Przekonałem się o tym pokonując pieszo, z plecakiem, Mały Szlak Beskidzki. Dla nie wtajemniczonych to  prawie 150 km marszu po szczytach gór, głównie przez lasy. Trudność pokonywania lasów w Finlandii poza szlakami należałoby sobie jeszcze przemnożyć. Jeśli już musisz zejść ze szlaku to nie rób tego w emocjach, ani euforia ani strach nie są odpowiednim doradcą. Zapamiętuj drogę i unikaj brawury. Złamana noga nawet na szlaku może się skończyć bardzo źle a co dopiero w nieznanym lesie? O ile to możliwe zawsze miej ze sobą kompana. Decyzje podejmuj tylko w oparciu o fakty i gdy opanujesz emocje. Sam las nie jest straszny, zagrożeniem nie są też raczej dzikie zwierzęta. Największym zagrożeniem jest brak przygotowania i niefrasobliwość. Oczywiście nie zniechęcam do wędrówek lasami. Są to fantastyczne przeżycia. Nawet dla cukrzyka 10 dni w nieznanych lasach Finlandii nie musi stanowić wyzwania ponad siłę. Grunt to przygotowanie!



Komentarze