Czarne szczupaki Finlandii i plan majstersztyk

Czarny szczupak
Czarny szczupak

Finlandia przywitała nas dwoma obliczami. Pierwsze majestatyczne oblicze to przepiękna dzika przyroda i baśniowe krajobrazy. Drugie oblicze to bezwzględność. Już pierwszego dnia dostaliśmy dwie lekcje pokory. O pierwszej lekcji będzie osobny artykuł „Przez lasy Finlandii   - bezpiecznie do celu”. Druga lekcja pokory dotyczyła ujęcia wędkarskiego gdzie rekonesans zakończył się jednym szczupakiem. Kuba zapytany przez Tomka jak wrażenia odparł, że gorzej niż na PZW. Dlatego przed snem ułożyliśmy plan majstersztyk…

Nie jeden z nas wędkarzy nastawił sobie budzik żeby wstać o zaplanowanej godzinie na wyczekiwaną wyprawę wędkarską a wstał kilka minut przed jego wybrzmieniem. Bardzo często budzą nas wtedy emocje lub sama świadomość wytęsknionej przygody wędkarskiej. Tym razem było tak samo, z tym, że nie jestem pewien czy zbudziły mnie emocje czy może przymrozek, który mocno dał mi się we znaki. Od hamaka izolował mnie dmuchany materac i śpiwór. Na sobie miałem dwa komplety bielizny termicznej. Koszulkę wędkarską, bluzę i polar a mimo to porządnie zmarzłem. Brakowało tylko szronu na brodzie, za to nie brakowało go nigdzie indziej. Rozgrzane wczorajszym słońcem wody rzeczki stygły intensywnie, uwalniając kłęby pary. Mgła spowiła dzikie lasy a przymrozek przystroił okolicę srebrzącą się w słońcu, słuszną warstwą szronu. Jeszcze wczoraj krótki rękawek a dziś pośpiesznie dobyłem kurtkę z plecaka. Po skrzypiącej trawie podszedłem do drzewa, o które wczoraj oparłem przygotowaną do łowów wędkę. Rzekę miałem metr od hamaka więc postanowiłem przywitać się i wykonać kilka rzutów kontrolnych. Dwadzieścia metrów w dół rzeczki zlokalizowałem  wczoraj interesujące zakole i tam postanowiłem rozpocząć łowy…

Drugi rzut we wsteczny nurt zakola i nastąpiło uderzenie. Krótki ale intensywny hol i ryba się spina. Kolejny rzut  i kolejny raz ryba uderzyła z impetem w gumę. Szczupak zrobił piękną świecę i niestety notuję drugą spinkę. Jest dobrze bo są zębate i są naprawdę głodne. Za trzecim razem czarny szczupak z Kukonjoki daje się podebrać za karczycho. Spostrzegłem, że w moją stronę z aparatem zmierza Kuba. Musiał być porządnie zmarznięty ponieważ ręce mu drżały tak mocno, że nie mógł zrobić zdjęcia. Ja po krótkiej rozgrzewce powoli zapominałem o chłodzie.
W pośpiechu przygotowaliśmy się do wyprawy. Obóz mieliśmy mniej więcej na środku długości rzeczki, pomiędzy jeziorem, z którego wypływa a jeziorem, w którym kończy swój bieg. Wczorajszy, krótki rekonesans oraz analiza na mapach Google sugerowały jasny plan działania. Zakładał on, że w przedpołudniowej sesji wędkarskiej udamy się w górę rzeki a w popołudniowej w dół, aż do samego jeziora. Zdobyta w kilkanaście godzin wiedza pozwoliła sądzić, że idąc w górę będziemy łowić dużo ryb ale mniejszych a wieczorem kosztem liczby postaramy się zapolować na naprawdę grube szczupaki.

I sesja wędkarska i czarne szczupaki Finlandii

Ruszyliśmy brzegiem Kiukonjoki, niewielkiej rzeczki, która na prostkach i bystrzach nie miała więcej niż 5 metrów szerokości a zdarzały się i znacznie węższe odcinki. Głębokość w przeciętnym miejscu to jakiś metr. Nieco głębiej w rynienkach i znacznie płycej na kamienistych odcinkach gdzie woda nabierała znacznego impetu tworząc piękne bystrza o typowo górskim charakterze. Rzeka z wędkarskiego punktu widzenia dawała przeogromne możliwości. Przelewała swe czarne jak smoła wody w najróżniejszym tempie. Wartkie odcinki wpadały w duże zakola ze spokojną i głęboką wodą z kolei zakola przechodziły w spokojne leniwe meandry a te w kolejne bystrza. 

Zakole Kukonjoki

Cykle powtarzały się co kilkaset metrów. Nie można więc było się nudzić. Szybko odkryliśmy, że większe szczupaki ustawiały się właśnie w rozlewiskach i zakolach ale w pobliżu warkocza. Swobodne rzuty w znacznym stopniu utrudniały drzewa, które długimi odcinkami rosły tuż przy linii brzegowej. Tylko co jakiś czas pozwalały ustawić się wędkarzowi w taki sposób by komfortowo łowić. Ale całą niedogodność rekompensowały swym urokiem. Lasy Finlandii są bardzo wilgotne, szczególnie o tej porze roku gdzie miejscami zalegał jeszcze śnieg. Dlatego też kamienie i powalone drzewa pokrywał grubą wartą mech. Natomiast miarą czystości powietrza były wszędobylskie porosty, które zdobiły niemal każde drzewo pnąc się ku ich koronom. 


Wędkowanie w tak baśniowej scenerii mogłoby być pozbawione brań a i tak niosłoby ogromną wartość i frajdę ale nic z tych rzeczy. Co kilkanaście rzutów zarówno u mnie jak i u Kuby meldowała się ryba. Chociaż nie były to rekordowo wielkie szczupaki, rzadko, który miał mniej niż 60 cm. Przeważały sztuki z przedziału 70 – 80 cm. Tak wiem jak na Polskie realia to naprawdę duże okazy. To czym nas na pewno zachwycały to niecodzienna uroda. Czarne grzbiety, wielkie czarne oczy i pomarańczowe wręcz brzuchy, nadawały im magicznego wyglądu.

podbierak się przydał

Wykonywaliśmy setki rzutów pokonując kolejne metry, kolejne prostki kolejne zakola. Każdy zakręt rzeki zapowiadał kolejną przygodę. Każda przygoda, pisała kolejną historię. To co było niezmienne to dwóch łowców, zaszytych gdzieś w sercu dzikiej Finlandii, którzy w gęstym lesie, w milczeniu oddawali się swej pasji oraz brania czarnych, walecznych szczupaków. Kolejne kaskady spływających wód ożywiały rzekę by po chwili kolejne rozlewisko zwolniło jej bieg. Takie rozlewiska cieszyły się naszą szczególną uwagą. Obławialiśmy je skrupulatnie wyjmując przynajmniej po dwie trzy ryby. 


Słońce wzbiło się na swój  codzienny pułap i okrążało z wolna Finlandię. Przedostające się promienie coraz mocniej nas ogrzewały a wyczerpujący marsz wyciskał pierwsze krople potu. Zapomnieliśmy już całkiem o porannym przymrozku. Każda kolejna prostka wzmagała pragnienie i zaczęliśmy się rozglądać za jakimś źródełkiem, z którego można byłoby się bez ryzyka napić surowej wody. Raz po raz zdejmowałem z siebie warstwę ubrania. Koło godziny 10:00 zrobiło się już całkiem gorąco. Na szczęście zbliżaliśmy się powoli do jeziora. Trafiliśmy na kolejne przepiękne rozlewisko, do którego wpadały dwie kaskady rozdzielonej na dwoje rzeczki. Obaj głodni, spragnieni, z potem na czołach oddawaliśmy kolejne rzuty a kolejne rzuty rodziły kolejne brania. Każda ryba z szacunkiem sfotografowana, zostawała oddana wodzie. Tu oddaliśmy ostatnie rzuty przedpołudniowej wyprawy. Powyżej nas był ostatni, prosty i  krótki odcinek rzeki , który dzielił nas od jeziora. 

Szczupak Finlandii
Szczupak Finlandii

Postanowiliśmy, że na powrót udamy się inną drogą. Wędrówka trudnym kamienistym brzegiem meandrującej rzeki to jakieś dwie godziny ciągłego marszu. Nie było na to ani czasu ani siły. Znaleźliśmy na mapie jakąś leśną zapomnianą drożynę, która chociaż nie całkiem to jednak prowadziła w kierunku obozu. Powrotna droga wyzuła z nas resztki sił a operujące słońce wycisnęło ostatnie krople potu. Tak zmęczony i zarazem szczęśliwy byłem prawdopodobnie pierwszy raz w życiu.

II sesja  –  Wędkarstwo z pasją.

Po krótkiej drzemce i obiedzie przygotowaliśmy się do drugiej wyprawy tego dnia. Tym razem drobny prowiant trafił pomiędzy pudełka z przynętami. Przygotowaliśmy też miksturę mocy, o której będę jeszcze wspominał nie raz, bo jej moc w trakcie pobytu, urosła do rangi legendy.  To nic innego jak prosty napój przygotowany z wody i igieł sosny lub świerka. Sposób przygotowania i walory zdrowotne opisywaliśmy we wcześniejszych wpisach o zabarwieniu buschcraftowym (Wiślane płocie oraz płomiennica zimowa i odwar z sosny).   Na drogę garść bakalii w kieszeń i wio. Tyle emocji dziś za nami a Finlandia już wzywa po kolejne.

Droga w dół rzeki była nieco inna. Zdecydowanie mniej bystrych odcinków. Mniej rozlewisk za to znacznie więcej meandrów i prostek z leniwym uciągiem. Tak jak się spodziewaliśmy, także brań było zdecydowanie mniej i kolejne minuty zmuszały do wędkarskiego kombinowania. Zmiana technik prowadzenia, zmiana przynęt, ale woda jak zaczarowana. Albo ryba wczesnym popołudniem jeszcze była na drzemce albo to kwestia zmiany charakterystyki rzeki. Prawdopodobnie jedno i drugie. Po jakimś kilometrze zameldował się pierwszy niewielki szczupaczek i to wszystko. W głowie zaczęły krążyć myśli żeby powtórzyć trasę z rana bo ta gwarantowała moc wrażeń. Niestety nie gwarantowała metrowych szczupaków a te były celem na tą chwilę. Jakub usłyszał z oddali szmer kaskady płynącej po kamieniach. Z każdym krokiem szmer przybierał na sile, zmienił się w szum aż następnie w grzmot wody spadającej po kamieniach. Na dole naszym oczom ukazało się piękne rozlewisko. 

O tak tu na pewno będą brania. Znaleźliśmy dogodne stanowiska i zaczęliśmy obławiać wodę. Nasz wędkarski nos nas nie zawiódł. Złowiliśmy po dwa szczupaki około 60 -70 cm i nasze morale zdecydowanie wzrosło. Ruszyliśmy dalej. Mapa wskazywała, że jeszcze jedno rozlewisko jest przed nami a niżej woda już w leniwy sposób zmierza do samego jeziora. Z każdym krokiem rzeka robiła się szersza i wolniej toczyła swe wody. Tereny coraz bardziej podmokłe. Bagna, to na kilka chwil dzieliły nas od linii brzegowej, to znów pozwalały podejść i wykonać kilka rzutów. Niestety kontaktów ze szczupakami w porównaniu z poranną wyprawą było znacznie mniej.
Spostrzegłem przed sobą ciekawy odcinek rzeki gdzie woda płynęła już tak wolno że ledwo wyczuwalny był nurt. Brzegi porośnięte młodą trzciną i zalane trawy. Ponieważ niedawno zeszły śniegi to poziom wody był wyższy niż zazwyczaj. Dowodem na to były zalane kaczeńce kwitnące pod lustrem wody.
- tu złowię swojego wielkiego szczupaka, przecież może mi się trafić taki kaczy fart? – zagadnąłem retorycznie Grubego.
Wykonałem może dwa rzuty i nagle poczułem potężne uderzenie. Sam sobie wywróżyłem, sam sobie wmówiłem że to będzie właśnie tutaj! Ryba wybierała plecionkę z kołowrotka. Nie mogłem jej pozwolić na długi odjazd bo wszędzie wokół były pozalewane trzciny. Jakub wydobył podbierak i cierpliwie obserwował moją walkę z silną rybą. Ja już wiedziałem a on się pewnie domyślał, że mamy do czynienia z naprawdę ładnym szczupakiem. Większym niż dotychczas. Przeciwnik powoli ustawał w walce. Odjazdy coraz krótsze i ryba operowała przy lustrze wody. Nie miała siły na kolejny odjazd w głąb wody. Jakub zauważył, że to właściwy moment na podbieranie. Skradał się po uda w wodzie na skraj zalanych traw. Bliżej nie mogłem podholować ryby. Wyciągnął podbierak i powiedział:
- w ten podbierak to mu tylko łeb wejdzie. Musimy to zrobić inaczej.
W tym momencie szczupak zrobił świecę a ja w powietrzu przyciągnąłem go bliżej tak, że spadł już na zalane trawy. Tam do niego dopadł Gruby i sprawnie podebrał rękami. To jest ta chwila, na którą czeka każdy z nas wędkarzy. Ten moment, o którym marzymy, o którym śnimy lub sobie wizualizujemy. Tylko, że tym razem to rzeczywistość! Po sesji fotograficznej wypuściłem rybę i ruszyliśmy po kolejne grube sztuki. 

Metrowy szczupak
Metrowy szczupak

Powoli dotarliśmy do samego ujścia. Przed nami rozlane wody jeziora srebrzyły się w słońcu. Poziom był dużo wyższy niż zazwyczaj. Woda wdarła się na bagna i łąki przesuwając linię brzegową nawet kilkadziesiąt metrów w głąb lądu. Musieliśmy się jakoś dostać w pobliże skraju  zalanej trawy, w miejsce gdzie będzie można łowić bez ryzyka urwania zestawu. Ponieważ Jakub miał spodniobuty a ja wodery, powolutku przesuwaliśmy się po grząskim podłożu w stronę głębszej wody. Widać było, że z zalanych traw uciekają jakieś ryby. Udało nam się przedostać w miejsce gdzie zazwyczaj jest linia brzegowa, gdzie kończą się zalane trawy a zaczyna otwarta woda. Posyłaliśmy kolejne rzuty a słońce powoli zaczynało się chylić ku zachodowi. Wiatr całkowicie ucichł. Lustro wody zastygło w bezruchu i zdradzało każdy ruch, nawet najmniejszych ryb. Złowiliśmy po kilka okoni i kilka niezbyt wielkich szczupaczków. Zmieniliśmy gumy na małe wirówki i chcieliśmy złowić jakiegoś ładnego okonia. Zostało nam jakieś pół godziny łowienia ponieważ było już po 22:00 a słońce niemal dotykało horyzontu. Jakub wykonał rzut daleko przed siebie nieopodal kępy trzcin. Tuż po tym jak wirówka rozpoczęła swoją pracę nastąpiło uderzenie przy powierzchni. Powstał niesamowity wir wody, który jeszcze długo nie znikał. Jednak po chwili ryba się spięła. To było takie dzikie, takie silne, takie niecodzienne, że nawet mi się nogi ugięły. Gruby poprawił rzut a ryba poprawiła atak. Uderzenie miało jeszcze większy impet. Szczupak gigant ruszył z dziką furią na czystą wodę. Było dość płytko dlatego walka odbywała się przy lustrze wody. Ryba wybierała plecionkę mimo solidnie dokręconego hamulca. Jakub starał się ją odzyskiwać jak tylko nadarzyła się okazja. Wiedzieliśmy, że jest to potężna ryba ale nie wiedzieliśmy jak bardzo. Obserwowaliśmy każdy ruch wody, każdy wir, każdy kocioł który powstawał z dziko walczącym potworem. W pewnej chwili szczupak popisał się piękną świecą. Nogi ugięły mi się po raz drugi. Co za krokodyl!!! Walka zamiast ustawać przybierała na sile. Wtem zobaczyliśmy coś czego się nie da opisać. Gigantyczna ryba na samym ogonie zrobiła kilkunastometrowy odjazd w tarczy zachodzącego słońca. Coś przepięknego, coś majestatycznego, coś niezwykle dzikiego. Świat się zatrzymał ale nie walka. Teraz każda minuta trwała godzinę. Szczupak kolejnymi odjazdami mącił zastygłą taflę jeziora. Kolejne minuty nie wyłaniały zwycięzcy ale ryba robiła coraz krótsze odjazdy. Problemem stało się podebranie. Podbierak zbyt mały by, w ogóle próbować. Szczupak pozwolił się wydobyć na zalane trawy ale woda w tym miejscu miała jakieś 80 cm głębokości więc dopóki nie ustanie nie da się go podebrać. Podszedłem bliżej i spróbowałem po raz pierwszy chwycić dwoma rękami za kark. Tyle, że ten kark jest tak wielki ze nie mogę go objąć oburącz. Ryba zrobił odjazd na czystą wodę. Po chwili dała się wciągnąć na trawy i znów podjąłem próbę chwytu. Niestety przeciwnik ruszył przez trawy jak lokomotywa. Poszedł dołem tak że plecionka utkwiła gdzieś głęboko pod nawisami trzcin i traw. Starałem się ją uwolnić drąc zielsko rękami. Zębacz znów odjechał na czyste wody. Udało mi się uwolnić spod zieleniny plecionkę. Hol trwał dalej. Ryba trzeci raz została podciągnięta blisko mnie. Tym razem chwyciłem ją jakimś cudem dwoma rękami pod skrzela i ruszyłem wodą w stronę brzegu. Krokodyl rzucił się ostatnimi siłami i wyrwał mi z rąk swoje wielkie cielsko. Nie uciekł jednak daleko. Był już zmęczony. Podobnie jak ja i  Kuba. Chwyciłem raz jeszcze, tym razem na tyle pewnie że wywlokłem przeciwnika na płytką wodę.
Długo staliśmy w milczeniu ciężko dysząc. To było niewiarygodne. Nigdy nie widziałem tak wielkiego szczupaka a już na pewno nie walczyłem z nim wręcz zanurzony do pasa w wodzie.  Ale to nie mi chwała. Prawdziwy mistrz wciąż stał w milczeniu, jakby niedowierzając. Co działo się wówczas w głowie Kuby tego nie wiem. Nie wiem czy on sam będzie w stanie to wyrazić. 

Rekordowy szczupak
Rekordowy szczupak


Doszliśmy do siebie i zrobiliśmy mierzenie oraz krótką sesję zdjęciową. Zegar wskazywał już 23:00 i zaczynało się robić szaro. Kuba zwrócił swój nowy PB dzikim wodom Finlandii i skwitował słowami - no dobra, lepiej niż na PZW. Niezwłocznie udaliśmy się w drogę powrotną. Czekało nas jeszcze ponad godzinę intensywnego marszu…

Komentarze

Prześlij komentarz